Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 10-10-2007, 16:29   #10
Ninetongues
 
Reputacja: 2 Ninetongues jest na bardzo dobrej drodze
$: 25 551
Nadchodziła godzina dwudziesta. Słońce już zaczynało pęcznieć na niebie, a chmury oblewały się pomarańczową poświatą.

Archejczycy w porcie obserwowali jak Rioco zasłania ostatni fragment słońca. Ci, którzy mieli dołączyć do Pielgrzymki żegnali się ze złotymi promieniami, witając nowe, obce uczucie, kiedy księżyc znalazł się wreszcie nad ich głowami, wisząc w zenicie i zasłaniając prawie całą czwartą część nieba...
Śmiechy, hałasy i kłótnie przycichły, gdy szkarłatny cień pokrył budynki i ulice.

Ci, którzy po raz pierwszy znaleźli się w Marathooncie poznali wreszcie to niesamowite uczucie... Ciało zdawało się samo prostować, ciągnąc w górę, ku czerwonemu gigantowi, a kroki jednocześnie stawały się cięższe... Wszyscy mieli wrażenie, że wiatr przyniósł nowy zapach do miasta, jakiś inny wiatr, zapomniany przez okrągły rok. Dzieci zadzierały głowy i wpatrywały się w pooraną kanionami, odległą, a jednocześnie tak bliską powierzchnię Rioco... Bliższą niż lodowa pustynia na Kand, daleko, po drugiej stronie Arche, dla której mieszkańców Rioco było teraz jedynie blado-czerwoną plamą wysoko na niebie.

Każdy wiedział, i naukowcy, i prości ludzie, i studenci i Szermierze, że przy odpowiedniej ilości sprzętu, odwagi i silnej woli - można by spróbować wspiąć się na czerwony księżyc... Właściwie próbowano już tego dokonać. Jednak... Nawet jeśli komuś się to kiedyś udało - nikt nie wrócił, aby o tym opowiedzieć. Co mogło go spotkać na tej świecącej krwawym blaskiem ogromnej kuli..?

***

Tymczasem do doków przybijały ostatnie łodzie i barki. Kiedy zwinięto ostatni już, czerwony żagiel, dwóch rosłych ludzi wyniosło na pomost prostą, niewielką lektykę.

Zarówno siedzący na szarych deskach Andryl [Isseno] jak i dopiero co przybyły do miasta Askota [Hoshmach] mogli wraz z innymi archejczykami zobaczyć, jak Bera-man, lider Pielgrzymki, staje w dokach Portu.
Sędziwy gwaith, o błękitnym futrze, wypłowiałym już i długim, jakby jego chude ciało spowite było w błękitną, włóczącą się szatę.
Mruknął coś do wysokiego, łysego andryla, który przyniósł mu poskręcaną laskę, machnął ręką, starając się objąć całe miasto i tym prostym gestem wyraził zgodę aby każdy kto zechce przyłączył się do Wiecznej Pielgrzymki.

Jego tragarze z czcią pomogli starcowi wejść na swoje miejsce.

Zarówno Andryl jak i Askota mieli wrażenie, że Bera-man zerknął na nich spod swoich krzaczastych brwi, ale... Może takie wrażenie mieli wszyscy zebrani archejczycy..?

***

Metys z shivianą na plecach [Ran-Rotha] wymijał Pielgrzymów. Obserwował skupione oblicza archejczyków wszystkich ras, obu płci i w różnym wieku. Niektórzy się uśmiechali, inni mieli niepewne miny, jeszcze inny byli wyraźnie źli lub smutni... Słowem - zachowywali się jak zwykli archejczycy.

Było w ich posturach jednak coś niesamowitego... Wszyscy, co do jednego zdawali się być wysocy, smukli i prości. Ich postawy były naturalne i pewne, sylwetki szczupłe, umięśnione... Zdawali sie promienieć zdrowiem. Było w tym jeszcze coś... Coś, co umykało jego uwadze.

Miał właśnie zanalizować sprawę jeszcze raz, kiedy w tłumie potrącił czarnowłosą kobietę ze skomplikowanym tatuażem [Uira Draif]. Ran potrafił rozpoznać tanais, kiedy tylko go zobaczył. Ich oczy spotkały się na chwilę...

A potem w tłumie zakotłowało. Ktoś krzyknął, ktoś na kogoś wpadł...

Kobieta ze słowem "Szermierz" wypisanym na twarzy szarpała jakiegoś odzianego w długie szaty żebraka. Pielgrzymi odsunęli się, mieszkańcy miasta uformowali krąg, aby popatrzeć co się dzieje...

A kobieta, zorientowawszy się, że jest w centrum uwagi, zaklęła cicho przez zęby i szybkim ruchem strąciła kaptur z twarzy schwytanego archejczyka, odsłaniając zaniedbanego, siwego mężczyznę o cerze i zębach przeżartych dymem z nieoczyszczonej korysy*.
Kobieta westchnęła, pokręciła głową, wepchnęła przestraszonego włóczęgę w tłum i ruszyła ulicą, odprowadzana wzrokiem gapiów.

__________________________________________________ _________
* korysa - zioło aromatyczne; odpowiednik tytoniu. Popularna używka; pali się korysę w postaci oczyszczonych, przefiltrowanych, małych dawkach, owiniętych w bibułę, wysuszone liście (jak cygara), albo w specjalnie do tego przeznaczonych smukłych fajkach.

Jednakże korysa palona w ogromnych dawkach, szczególnie w nieoczyszczonej formie, powoduje brązowienie zębów, utratę smaku, a cera staje się "ospowata", przez działanie kwasów trawiących organizm. Spora, jednorazowa dawka korysy wprowadza w niejaki trans, podczas którego użytkownik ma bardzo wysoki poziom samoświadomości - myśli mu się szybciej i lepiej.
Nieoczyszczona korysa jest traktowana jak narkotyk.
 
__________________
.:Arch Inverted:. [link na forum designerskie w ostatnim poście tematu]

Ostatnio edytowane przez Ninetongues : 10-10-2007 o 19:46.
Ninetongues jest offline