| Anzelm przez dłuższy czas siedział nieruchomo bojąc sie przeniesienia do kolejnego koszmaru, lecz tym razem świat nie zawirował, ani nie zniknął. Kapłan wciąż siedział w tym samym pokoju. Z ulgą spoglądał na trzymany nóż pokryty kroplami zeschniętej krwi. Kojarzyły mu się z konkretnymi ludźmi, ludźmi których znał, na tyle dobrze, by móc ich niepostrzeżenie zabić.
-Byli zbyt słabi, by zasługiwać na życie.-wmawiał w siebie zawsze tą samą usprawiedliwiającą formułkę. Słowa, które tłumiły wszelkie wyrzuty sumienia, bo przecież każdy człowiek miał jakieś słabości.
Nóż z powrotem zawinął w szmatę i schował w głębi torby. Przeszedł kilka kroków, by rozprostować drętwiejące nogi. Odzyskał już całkowitą przytomność umysłu, wiec przymknął otwarte okno.
Woda w misie schodziła sie jeszcze mocniej, ale kapłan nie zwracał uwagi.
W tafli wody ujrzał swą twarz. Kilkudniowy zarost drażnił go, choć jeszcze niedawno nie zwracałby na niego uwagi. Jednym ze swych ostrych noży zgolił brodę. Obmył twarz spłukując pozostałości.
Nim wyszedł pozbierał jeszcze karty księgi i schował wszystko do torby. Nie chciał by Mauren zobaczyła księgę w takim stanie. Nie chciał jej niepokoić dopóki nie dowie się co stało się w nocy. Gdy wreszcie wyszedł na korytarz z dołu dobiegły go głosy przyjaciół. Schodził powoli miarowo stukając kijem o drewnianą podłogę. |