Jaszczuroludź wstał powoli ze swojego siedziska. Poruszał się powoli, swoim kosturem jakby sprawdzając drogę. Na pierwszy rzut oka wyglądał tajemniczo: kostur z czaszką, masa przeróżnych amuletów i jeszcze w dodatku był ślepy. Lecz gdy podszedł, odrazu ludzie odnosili inne wrażenie. Na twarzy malował mu się ciepły uśmiech, a głos choć sycząsy był melodyjny. Odparł zatem do grupy.
- Cssałuję ziemię przed wami, na imię mi Quahcoatl. Pochodzę ss tropikalnych, które wy nazywacie Utrand...
Stary jaszczuroludź przerwa nagle i odparł.
- Hmm! Czuję dzika, można się poczęstować? |