| Eik Vangalar
Udział w wyprawie dobrze mu zrobił. Przestał myśleć o przeszłości, zastanawiać się nad pytaniami „Co by było, gdyby…”, żałować tego co minęło. Nie dawał po sobie poznać, co mu ciąży na sercu. Nie miał na to teraz czasu. Był skupiony na swojej robocie. Zaangażował się mocno w to, czego się podjął i było mu z tym dobrze. Podróż wymagała uwagi, czujności. Dobra płaca nigdy nie jest za darmo, dobrze to wiedział. Kryje się za nią większe niebezpieczeństwo i większa odpowiedzialność.
Od Streissen, gdzie poznał Juliana, dni popłynęły szybciej. Często rozmawiali ze sobą w czasie podróży, nie rzadko znajdując wspólne tematy i porozumienie. Człowiek ten wydawał się mieć głowę na karku, a wymiana z nim myśli, nie pozostawiała pustki w głowie.
Życie Eika, najemnika Altdorfskich oddziałów, nie było nudnym, monotonnym, białym szumem mijających dni. Krew i stal utkały w nim wiele ciekawych historii, czasem nawet zbyt strasznych, by mówić o nich w towarzystwie.
W ten sposób, w dobrej atmosferze dotarł do celu podróży, gdzie, wraz z towarzyszem, postanowił przepłukać gardło z podróżnego kurzu w pierwszej, napotkanej gospodzie. Nie zapomniał jednak lekcji z życia i nie zamierzał poddać się czarowi butelczyny.
Jego twarz była już trochę zarośnięta, nie golił się od ponad tygodnia; ciemne włosy zmierzwione i przyprószone kurzem drogi, ale jeszcze na tyle krótkie, że nie przeszkadzały pod hełmem.
Przekroczył próg mordowni, z nadzieją na dobry posiłek, napitek i gorącą kąpiel. Odrzucił do tyłu, za ramię, prawą połę swojej szarej peleryny odsłaniając zwisający przy pasie długi miecz w czerwonej pochwie i sztylet. Lewą ręką ściągnął z głowy hełm, a prawą zdjął pleców krótki łuk, po czym pobrzękując kolczugą przeszedł kilka kroków i bez słowa zasiadł przy jakimś częściowo zajętym już stole. Następnie przesunął się w głąb siedziska robiąc miejsce Julianowi.
Eik mierzył ponad 6 stóp, więc jak na człowieka był wysokim mężczyzną, do tego dobrze zbudowanym. Gdy siadał na ławie, dociążony dodatkowo metalowym pancerzem, skórznią i bronią, drewno jęknęło, a samotny mężczyzna siedzący na jej drugim końcu niemal podskoczył. |