Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 12-28-2007, 12:05   #70
Francez
 
Reputacja: 1 Francez jest na bardzo dobrej drodze
$: 6 079
Odyseja Kosmiczna

(Zamieszczam kiedyś napisany przeze mnie komentarz to tego filmu, który ostatnio oglądałem raz jeszcze)

Też miałem full odlot i metafizyczne fikołki w głowie podczas i po oglądnięciu tytułu. Ale nim wróciłem na spokojne wody codzienności, otarłem pot z czoła, wlazłem do mojej ultramarynowej szklanej bańki, poprawiłem sznur pępowiny czy dobrze przytwierdzony do panelu nawigacyjnego i udałem sie do konstelacji Coola. Na miejscu puściłem banie na jałowym biegu i odczułem ten sam stan co podczas filmu: lewitującego mnie jako okruszka bytu i wszystkiego wokoło jako moją ruchomą, duchową otulinę. Tylko cichy szum kosmicznej zawiei łaskotał owal mojego pojazdu, wprawiając go w lekkie nieukierunkowane piruety. Dziwne, ale cichości w dopełnianiu swojego rytuału, nie przeszkadzał stały akompaniament gasnącego cichym pomrukiem sztosu. Tylko chwilami pojawiała sie w mojej głowie myśl, ze trzeba mi w końcu naprawi tą dysze, bo od takiego lekkiego chrzęstu zwykle sie zaczyna, a kończy sie potem kapitalnym remontem układu. I podpuścił mnie ten stan wolno dryfującego istnienia do przejścia w głęboki stan relaksu całego mego ciała. Mimo moich mikrouncji wagi poczułem sie ciężki, ale w zasadzie to nie ja odczuwałem tą ciężkość , tylko moje członki. Macki stały sie ciężarem dla siebie ponad miarę swojego udźwignięcia, głowa jakby zakuta w kask niskociśnieniowy opadała i opadała (a to dziwne bo od samego początku miałem ją na zagłówku). Potem stało sie coś dziwnego. Bo zacząłem odczuwać ciężar myśli, i muszę dodać nigdy nie zdarzyło mi sie coś tak odjechanego. No i rozpoczęła sie ta słabo kontrolowana obsuwa po równi pochyłej mojego umysłu. Myśli w swojej astralnej naturze trzeba wam wiedzieć nie mają jakiś specjalnych odkształceń czy wygodnych do złapania perforacji czy jakiś "skalnych półek" gdzie można by łatwo wsadzić nogę czy rękę własnej świadomości, aby ją podtrzymać. Niestety nie pamiętam wyraźnie momentu "przejścia". Bo trudno żebym pamiętał skoro lecąc łeb na szyje po śliskiej powierzchni myśli, czas zaczął gubić swoje wyraźne funkcje, skoro to co sie działo nie dzieliłem i nie komentowałem, bo niby jak? Poślizg był konkretny! No i rozpłynął sie czas i idea mająca w nim stałą podporę. Luke po myśleniu zgrabnie wypełniła, niczym nie zmącona, przejrzysta światłość. I rozparła sie na dobre w mojej głowie! Zaczęła się tak szybko rozprzestrzeniać, że nie potrafiłem zanotować z jaką biegłością opanowywała rubieże mojego ego, tnąc swoją odśrodkową siłą spychała moje pojecie "ja" na skraj swoje rozszalej fali. Starałem sie bronic przed nią, popędliwie myśląc o sobie, jako jedyny ratunek przed tym czymś. Wiedziałem ze walka jest nie równa i długo nie wytrzymam. Skupiając swoje ostanie siły na szańcach mojej "mojości", w pewnej chwili zacząłem sie radować że przegrywam! Nie, może nie radowałem sie, a bardziej stawałem sie radością nie mającą odniesienia do niczego. Była wyzuta z bruzdy dzielącej to co raduje i tego co raduje. Stałem sie wówczas... wszystkim. Poza czasem i naiwnymi kryteriami, daleko od lęku. Nie wiem ile to trwało bo tak jak wspomniałem czas to lokaj myśli, który gdy traci swego pana "Myśl" kończy w mig swoje normalne obowiązki. Długo mógłbym opowiadać o tym doznaniu, ale zaraz widze, mimo odwołać do najwymyślniejszych metafor, budowanych na bazie mojej starej, z waszą tożsamą, wiedzą doświadczalną, byłoby jak opowiadanie o smaku zroszonego zimną rosą bigula za pomocą barw. Mógłbym rzucić most na drugą stronę, moglibyście nawet śmiało po nim kroczyć, i co z tego. Skoro i tak nie dotarlibyście do samego końca. Zamiast palca wskazującego księżyc, dostrzeglibyście tylko sam palec. Kosmicznym odlotem nie nazywam jednak szalonego tripu w odmęty rozbielonej przezroczystością jedni umysłu ze światem, lecz drogę powrotną. Wiecie jak sie czułem? Jak gość uczestniczący w pierwszoosobwych narodzinach mnie samego! Mając przy tym 22 tera lata, będąc całym tym tobołem doświadczenia i z późnomłodzieńczą dojrzałością najchlubnijeszego z organów, jakim jest mój mózg. Burza na Orionie to pikuś w porównaniu do mega zawirowań w mojej łepetynie gdy przyszło do wciśnięcia rozbieganej masy myślowej (niby mnie) do cienkiego jak ucho igielne lejka-prowadnicy biegnącej do mojej starej, utartej formy bycia. Nie wiem ile to trwało, ta cała bajera z moją konsolidacją i zastyganiem w starą bryłe. Jedno wam powiem. Czułem sie jak król, bawiący sie przed chwila w atmosferze wina i pięknych ciał, który naraz dostaje z siłą natychmiastowego wykonania wyrok banicji, bez możliwości złożenia skargi czy prośby o odbywanie kary w zawiasach. Ehh, jakoś nie mogłem sie uwolnić, ze to do czego wracam jest daleką od doskonałości atrapą esencji życia, jakimś śmiesznym śmietniskiem (tak to słowo przeleciało mi wówczas przez głowę). Chwycony w wielkie niewidoczne imadło zostałem sprasowany do swojego komicznego światka. Wtedy myślałem ze dostałem dotknięty palcem samego Konstruktora, chwyciłem chwilową zajawkę na dowodzenie jednoosobową armią zbawienia. Ale zaraz pomyślałem kogo i niby przed czym miałbym zbawiać? Nie to nie dla mnie. Zrobiło sie na prawdę metaodlotowo. Fakt. Zebrałem sie do kupy i odpaliłem, nieobywający sie bez złowróżbnego kaszlnięcia z dyszy, mój pojazd. Trochę miałem rozbiegane macki z całego tego ambarasu (plątały mi sie z pępowiną) która świeciła mi teraz w tęczowo migotliwych barwach. Byle szybciej do domu. Ta dysza mnie dobija, jutro postaram sie zajechać na punkt napraw statków. Jak będę miał w przyszłości takie głębokie podróże to będzie nie za dobrze. Dlaczego? Bo jak zawsze na Service Depot , będą chcieli za kosmetyczną poprawę działania wydechu trzykroć wartości tej kretyńskiej usługi, a ja nie będę miał serca wykłucać się o swoje, bo to teraz tak jakbym kłócił sie z samym sobą. Tak, znowu sie poddać i poczuć tę nieopisaną, harmonizującą radość znoszącą granice na "ja" i "ty". Ale jakim kosztem?! Pewno zaśpiewaliby sobie 50 keoro! O Nie! To nie daruje! Jeszcze trochę tego Kubricka i żegnaj cała wypłato!
 
__________________
Mi Casa es Su Casa

Ostatnio edytowane przez Francez : 12-28-2007 o 12:11.
Francez jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem