Pole bitwy
Falke patrzył na Saracena, który chwiał się na nogach w przód i tyl. Bułat wypuszczony z drętwiejącej dłoni uderzył o ziemię i Turek zwalił się padło konia i usiłującego wydobyć się spod niego.
Zwiadowcy oczy zaczęła zalewać krew zabitego. Mdły smak dławił, dusił. Półprzytomny, ostatkiem sił wydobył się spod wierzchowca i ruszył chwiejnie naprzód.
Wokół trwała ostra rzezba. Kwik koni rannych w boju, okrzyki ludzi "Allach" i "Deus le volt" czy "Jerusalem" mieszały się ze skowytem rannych i przekleństwami walczących.
Tu siedząc w siodłach dwóch wojowników wzięło się za bary, charcząc i chrypiąc próbowało przemóc, obok jakiś oszalały wierzchowiec bez jezdzca stawał na tylnich nogach młócąc powietrze kopytami roztrzaskując głowy.
Walił się przebity włócznią Saracen, a w mgnienie oka pózniej jego pogromca ginął od cięcia krzywej szabli nie zdążywszy nawet wyszarpnąć z ciała zabitego swej uwięzłej kopii. Tu jakiś Norman tłukł głową przeciwnika o kamienie, obok zalany krwią Saracen pruł zakrzywionym nożem brzuch wrażego wierzchowca niepomny lejącej się na niego juchy.
Walczących ogarnął szał. Kurz wzniesiony końskimi kopytami zatykał nozdrza, nie pozwalał płucom zaczerpnąć tchu, strumienie potu lejące sie spod normańskich hełmów zalewały oczy, języki przywierały do podniebień w wyschłych ustach żądnych choć kropli wina czy wody.
A wszystko pod prażącym niemiłosiernie słońcem od którego parzyły metalowe części rynsztunku, a ciało zdawało się wysychać na wiór.
Reinfrid szerzył mord i śmierć srożąc się na bitewnym polu. Właśnie walczył z dwoma poganami. Jednemu z nich przerąbał pierś, wziął potężny cios buławy drugiego na tarczę, aż nim zachwiało, a ułomkiem nie był. Sapnął, charknął, splunął wzniósł miecz w górę do potężnego ciosu i... świat nagle zawirował, fiknął kozła a
Hrabia znalazł się na ziemi pod kopytami własnego wierzchowca. Popręg być może przecięty wcześniejszym pogańskim cięciem pękł i o to teraz wielmoża kulał się to w prawo, to w lewo w kurzu bitwy klnąc tak, że słyszano go chyba w samym obozie.
Selim Jaga z rozpaczą w sercu i imieniem Allacha na ustach walczył jak dziki, pustynny lew. Rozdawał ciosy na prawo i lewo niepomny razów jakie na niego spadają, prąc byle bliżej opasłego Normana, znać dowódcy. Musiał go zabić, by myśleć o ocaleniu.
Roger galopem zbliżał się do wielmoży, gdy ten nagle jak zdmuchnięty znikł z siodła. Rycerz zaklął bo kłębił się tam tłum walczących. Nie wiedział czy zdąży uratować
Reinfrida. Tym bardziej że runęła tam właśnie grupa konnicy saraceńskiej, ostatnia chyba zorganizowana taka grupa prowadzona przez męża w szłomie z zieloną kitą.
Hektor miał już od dawna na oku owego męża znacznego w hełmie znaczonym zieloną barwą. Pędził tedy po przekątnej ku tej grupie za nic mając to że jest sam. Ale nie, obok ujrzał dwóch młodych Normanów wraz z pocztem kilku innych jezdzców. Jednego z nich znał to
Tankred siostrzeniec
Boemunda. Pędzili tedy razem ku ostatniemu chyba ognisku bitwy.
Ragnar klął, bluznił, pluł i zabijał, gdy nagle ujrzał, że znalazł się poza polem głównej bitwy.
Hama gdzieś zniknął, widać rozdzieliła ich ostatnia, desperacka szarża pogan. Miał czas zdjąć szłom z głowy i obetrzeć pot z czoła.
Torwaldo patrzył na efekt swych działań, ale na razie bardziej dymiło się tam niż paliło. Turcy przestali strzelać - widać kołczany im opustoszały, tedy zlazł i podszedł do grupy wojów patrzących i zakładających się kiedy poganie uwędzą się na szynkę. Ci przekazywali sobie bukłak z ust do ust, z czego i chłopak skorzystał skwapliwie.
Rozległ się okrzyk "Allach akbar" i z kłębów dymu wyskoczyło dwóch Saracenów błyszcząc bielą zębów w czarnych niby szatańskich obliczach. Pierwszy przebił krzywą szablą zaskoczonego woja, a drugi, drugi z nożem w ręku rzucił się na
Torwaldo.Ten znalazł się na ziemi, bukłak wypadł mu z ręki sycąc rubinowym strumyczkiem biały piach, a chłopak ujrzał tuż przed swą twarzą brodate oblicze nieprzyjaciela wywrzaskującego coś zapamiętale w obcym języku. Drobinki śliny pryskały mu na twarz. Czuł na gardle jego rękę, a nóż wzniesiony do ciosu zabłysł w słońcu.
Obozowisko wojsk Reinfrida Rothais przytknęła dłoń do czoła wypatrując braci i ojca, lecz w kurzawie pędzących nic nie można było rozeznać. Jednak coś ją zaniepokoiło - pędzili stanowczo za szybko jak na wracających z boju mężów.
Nagle buchnął z tamtej strony wielki krzyk i zaraz potem rozpętało się piekło.Wokół zaroiło się od biegnących mężów, uciekających kobiet, galopujących grupek normańskich jezdzców. Krzyk, bieganina, rwetes.