Wątek: Deus le volt
Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 01-19-2008, 14:42   #137
sante
 
sante's Avatar
 
Reputacja: 3 sante ma w sobie cośsante ma w sobie coś
$: 51 538
Hektor zwany Białozębym

Hektor spojrzał z rozbawieniem na lot ów dzielnego męża, który teraz szamotał się na ziemi rzucając bluzgami na wszystko i wszystkich. Dwie myśli naszły rozbawionego Hektora, pierwszą z nich była myśl o tym, że ów mąż za giermka babę sobie wziął, bo strzemię najwyraźniej źle przymocowane było, a druga to myśl, że będzie w obozie, o czym opowiadać, a nóż będzie jeszcze okazja ponabijać się z owego rycerza kiedyś przy ognisku. Nasz bohater spojrzał dookoła siebie i widząc zacnego wojownika Tankreda i jego kompanów ruszył galopem ściskając przy tym jeszcze mocniej kolana, tak że nieomal udusił biedną turecką klacz.
Hektor z rozpędu wbił się w zbieraninę synów tureckich i ją pchać włócznią, w kogo popadnie, jednak w takim kłębowisku niewielki przynosiła ona pożytek, toteż zaraz ją odrzucił i pięścią przyłożył najbliższemu walecznemu Turkowi, jednocześnie zdążył wyrwać zwiotczałej ręce, saraceński miecz. Uderzonemu biedakowi zagruchotały kości, po czym stracił przytomność i zsunął się z konia. Podekscytowany Hektor chciał się przedrzeć przez tłum niewiernych do samego „zielonego kitajca” ja sobie w myśli nazwał owego szatańskiego wojaka z zieloną kitą. Był już ledwie o parę metrów od celu gdy zabójcze, krzywe ostrze uderzyło go w hełm. Miał szczęście bo uderzenie zostało zbite przez jednego z ludzi Tankreda i miecz nie spadł ostrzem, tylko bokiem na głowę Hektora. Zaćmiło mu trochę przed oczami, nogi rozluźniły uścisk, ręce puściły saraceńskie ostrze, a klacz w popłochu skoczyła do przodu. Białozęby stracił kontrolę i spadł bezwładnie na ziemię, jednak nim go przybiły do ziemi kopyta, został z wielką siłą porwany na nogi. Spojrzał z wdzięcznością na swojego wybawiciela, którym okazał się ów mąż z którego dopiero co się śmiał, że ma babę giermka, był to sam Reinfrid.
Hektor poprawił hełm, podniósł broń i uśmiechnął się do towarzysza.
- Dziękuję Ci Panie za uratowanie mi życia, pomyśleć że pędziłem tu by ratować twoje, a ratującym okazałeś się ty. Na szczęści przebili się tu nasi z Tankredem na czele. – Hektor nie wiedząc, kim jest jego wybawiciel, klepnął go przyjacielsko w ramię, po czym ruszył w stronę Turków. Grupa tureckich jeźdźców została zepchnięta przez Normanów i teraz trzeba było do niej dołączyć.
- Aaaaaaaaaaaaaaaaa – Hektor wpadł w grupę walczących, gdzie część walczyła na pieszo, najwyraźniej tracąc konie podczas pojedynków. Tak, bezwładna szamotanina przerzedziła się na tyle, ze walka mas zamieniła się w pojedynki, rycerz kontra arab. Hektor zatrzymał się na chwilę by poszukać swojego przeciwnika. Dostrzegł zieloną kitę, która dzielnie stawiała opór normańskim wojom. Białozęby chciał rzucić się w stronę owego woja, niestety uświadomił sobie, że z tym, co ma w ręku, to może jedynie ciosać paliki, a nie odcinać głowy. Ku jego radości, ciał poległych tu wojowników nie brakło i od razu zaopatrzył się w porządny miecz i tarczę, jednego z zabitych. Teraz był gotowy.
- Aaaaaaaaaaaaaaaa – powtórzył swój bojowy okrzyk i ruszył do walki.
 
__________________
"War. War never changes" by Ron Perlman "Fallout"
sante jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem