Reputacja: 2  | LaBayowi nie podobało się to, czego był świadkiem. Nerwy ich wszystkich były poszarpane niedawnymi zdarzeniami. Byli zmęczeni. Nie myśleli trzeźwo. Jak dobrze by Joanne nie grała, doktor wiedział, że biochemiczna burza która przewaliła się przez jej organizm, nie pozostawiła Rought niewzruszonej.
Zerknął na Waltersa. Czarnuch nie wyglądał zdrowo. Łapy latały mu, jakby miał Parkinsona, dyszał, kręcił się. Pewnie za duży kop adrenaliny w trakcie strzelaniny i teraz z niego schodziła... niektórzy tak reagują... Ale nie mechanik go martwił...
Nie był w stanie tego sprecyzować w swoim stanie, ale niemal namacalnie wyczuwał napięcie między -Andym- a Vay'em. Jak na jego oko, dwie osoby odpowiedzialne za ochronę ekspedycji bardziej zajęte były planowaniem jak poderżnąć drugiemu gardło, niż uważaniem na wrogów... To się musi źle skończyć...
A może po prostu za bardzo się przejmował? Tyle przeszkód naraz, stresu, brak okazji na zregenerowanie sił... normalną reakcją organizmu był stan podwyższonej czujności. Powinien przestać myśleć o głupotach i skupić się na zadaniu.
Przetarł powoli oczy.
W końcu co mógł im zrobić jeden, nieuzbrojony, chudy, trzymany na muszce prawie pół tuzina broni...
Huk wystrzałów w jednej chwili zburzył jakikolwiek mur spokoju i pewności siebie, jaki doktor był w stanie zbudować w tak krótkim czasie.
Zaskoczony, otworzył oczy, zacisnął mocniej karabin i spróbował przeszukać wzrokiem teren. Po sekundzie, klnąc na czym świat stoi poprawił okulary, które akurat ten moment wybrały żeby zsunąć się z nosa. Gdy ponownie podniósł głowę, przybysza nie było już widać znad linii traw. Trzask broni uderzającej o ziemie i mamrotanie zwróciły jego uwagę na Jake'a.
Murzyn spoglądał pusto na ręce, wzrokiem utkwionym daleko poza nimi. W jednej chwili odwrócił się i ruszył biegiem w ciemność. - Co się dzieje, do cholery?
Podniósł się i spojrzał na kucającą w niewiadomym celu Joanne. Kaprala nie było widać, jak na dobrego żołnierza przystało, za to Andy ukazał mu się znacznie bardziej, niż LaBay liczył, niemal taranując go swoim wielkim cielskiem.
Imponujące. Czyżby z własnej inicjatywy chciał zatrzymać oszalałego Jake'a? Przynajmniej raz klocek zdobył się na ruszenie tymi zarośniętymi trybikami w narządzie, którego używa do rozbijania cegłówek.
Wydawało się, ze sytuacja rozwiązała się samoistnie i niespodziewanie. Cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Zważając na fakt, ze zupełnie nie był zorientowany w sytuacji, postanowił, że najbardziej się przyda zabezpieczając teren na którym siedzi. Schował się więc spowrotem w trawie i wyciągnął manierkę chcąc schłodzić nieco gardło.
Równie trudno powiedzieć, że wybuch zupełnie go zaskoczył, co uznać jego samego za optymistę. Powoli oparł głowę na dłoni, przepłukał usta kolejnym łykiem wody i westchnął ciężko. Wyjrzał delikatnie ze swego schronu i po chwili schował znowu. Wyciągając nieśpiesznie apteczkę, nie zaszczycając przebiegającej szefowej nawet spojrzeniem. Jake miał przy pasie granat. Musieli przypadkowo wyciągnąć zawleczkę w czasie szarpaniny... Ci idioci wysadzili się. Prawie nie mógł w to uwierzyć. -Andy- nie umiał nawet poprawnie obezwładnić człowieka - coś, do czego był szkolony! Jeden raz miał wykonać proste zadanie uwzględniające jego nikłe talenta i nie dał rady bez wysadzania siebie i towarzysza w powietrze! Widać nie tylko wygląd predestynował go na wystawę osobliwości. To przekraczało pojmowanie doktora. Wszystkie nieszczęścia które tylko przewidywał na całą wyprawę w jednej niezapomnianej dobie! Przypominała mu się reklama, którą widział kiedyś w archiwach... jak to szło...? "Co jeszcze możemy dla ciebie zrobić?"
Myślenie o całej tej sytuacji za bardzo bolało, żeby pozwolić sobie na to teraz. Szybkim krokiem dotarł na miejsce wypadku.
- Co za kurewski burdel. - ocenił fachowym okiem, rozwiewając wątpliwości kiełkujące w nadbiegającym Vay'u. Andy wyglądał nawet nieźle jak na taką imprezę, ale czarnuch ewidentnie chciał zaoszczędzić im męczącego kopania grobu. Jak dobrze pójdzie, może uda się go upchać do jakieś kojociej nory, a może nawet w ten mały lej, który uprzejmie wysadzili. Pewnie kark próbował osłonić sie jego ciałem...
Dodatkowo Matuszka Jr. wpadła w histerię. Przeklął, splunął i wyciągnął iniektor oraz porcję silnego środka uspokajającego. Nie powinna była tego widzieć - pomyślał, ładując urządzenie. Oby była taka twarda psychicznie, jaką udaje, bo jeśli nie, zamiast wodzem zostanie bagażem, a Ekspedycja nie ma dość psychotropów by ja trzymać na chodzie.
"Zawsze wiedziałem, ze się pieprzyli" - pozwolił sobie na krótką, lecz jakże satysfakcjonującą myśl.
Zaczynało być naprawdę gorąco. Stracili połowę zespołu, mieli na karku gang jakiś drogowych bandytów, mutantów i oszalałą przywódczynie.
- Vay, przytrzymaj ją. Po tym się uspokoi i będzie nieco kontaktować, jak będziemy mieli farta i dobrze wymierzyłem jej wagę. - warknął, usiłując zrobić szarpiącej sie kobiecie zastrzyk. Cholerne baby i ich "ależ pytanie o wiek i wagę jest taakie niekulturalne". Gdy tylko środek wpłynął do jej krwiobiegu, wstał i zostawił ją szarpiącą się i wrzeszczącą w objęciach żołnierza.
- Idę po plecaki - rzucił krótko i zapalił latarkę. Musiał szybko myśleć, bo skoro ten świeży trupek przyjechał tu w kilkanaście minut, inni też mogą być tu lada chwila...
__________________ "To bez znaczenia, czy wygrasz, czy przegrasz, tak długo jak będzie to WYGLĄDAŁO naprawde fajnie"- Kpt. Scundrel. OotS
Ostatnio edytowane przez Judeau : 01-19-2008 o 22:00.
|