Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 01-20-2008, 00:43   #128
merill
Wasteland warrior
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 9 merill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodnie
$: 128 625
Krwawy wykwit na piersi nieznajomego, był ostatnią rzeczą jaką spodziewałby się ujrzeć. Trzymał cały czas gościa na muszce, nie mógł pozwolić by skrzywdził ich dowódcę. Musiał przyznać, że facet zachowywał się wręcz wzorowo przyzwoicie.

Huk wystrzału dotarł do niego z opóźnieniem milisekundowym. Niczym grzmot podczas burzy przewalający się nad równiną. "Kto do cholery strzela?!" - zaklął . Rought padła na ziemię, chroniąc się przed ostrzałem. "Co jeszcze nas spotka tej nocy?"

Był wściekły, miał już dość strzelania i walki, zmęczenie też dawało o sobie znać. Póki co wszystkie sprawy bezpieczeństwa i organizacji były pod jego kontrolą. Ciągłe napięcie i czujność drenowały jego silny organizm z resztek sił fizycznych i cierpliwości.

Wstał szybko, odbezpieczył broń i ruszył pochylony w stronę z której padł strzał. "To tam miał siedzieć Jake i LaBay, co się tam kurwa dzieje?!" Poruszał się szybko, zapomniał o ostrożności czy skradaniu, omiatał wzrokiem okolicę. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków kiedy ciszę nocy przerwały krzyki i szamotanina. Wybuch granatu rzucił nim o ziemię, okruchy skalne i piasek przetoczyły się nad okolicą.

*****

Krzyk Joanne wyrwał go z oszołomienia. Wybuch nieźle nim potrząsnął, pokręcił kilka razy głową i otworzył oczy. Wstał opierając się na karabinie, rozejrzał się dookoła, próbując zlokalizować miejsce z którego dochodziły krzyki. LaBay już biegł w tamtą stronę.

Zmasakrowane wybuchem ciała kompanów wstrząsały swoim widokiem. A ten był iście maskaryczny, krew wsiąkała w suchy jak pieprz piasek pustyni. - Jak to się stało LaBay? - zapytał ostro doktorka, starając się nie patrzeć na łkającą i wymiotującą na przemian Joanne. - Przecież mieliście trzymać dupy w krzakach i nie wychylać się niepotrzebnie?!
- To nie moja wina kapralu, to Ci dwaj idioci narobili bigosu. Najpierw czarnuch spanikował i strzelił do tego gościa, a jak zaczął spierdalać to pan King Bruce Lee karate mistrz go dopadł, musieli przez przypadek wyciągnąć zawleczkę i efekt właśnie obserwujecie kapralu. - doktor jak zwykle był pragmatyczny i dokładny aż do bólu.

Vay patrząc na to turpistyczne pobojowisko był zdruzgotany. W przeciągu 24 godzin stracił trzech członków ekspedycji, a na swoim koncie miał trzy trupy. Nagłe przejście Rought z łkania w drgawki i konwulsje, nie zapowiadało nic dobrego. - Doktorze, co się dzieje? Pomóż jej LaBay, zrób coś!!!
- Vay, przytrzymaj ją. Po tym się uspokoi i będzie nieco kontaktować, jak będziemy mieli farta i dobrze wymierzyłem jej wagę. - doktorek spokojnie i bez pośpiechy przyłożył iniektor do ramienia dowódcy. Charakterystyczny syk, oznajmił podanie dawki leku uspokajającego. Kapral trzymał przez chwilę Joanne w objęciach, tak długo aż skończyły się drgawki, a Rought zwiotczała i uspokoiła się. Położył ją delikatnie na ziemi, był przybity."Wszystko idzie nie tak jak powinno, to ona teraz powinna dowodzić, a teraz?" Poczuł ulgę kiedy oddech dziewczyny wyrównał się, a pierś przestała nerwowo falować. Wstał ogarnął wzrokiem cały ten apokaliptyczny krajobraz. - Idę po plecaki - głos LaBay'a rozległ się za jego plecami. - Idź, pozbieraj wszystkie graty tego zabitego gościa, może ma coś co się nam przyda - głos miał już spokojny i opanowany.

Jeśli chcieli przeżyć, musiał się wziąć w garść, musiał zastąpić Rought, to było konieczne i nieuniknione w obecnej dramatycznej sytuacji. Popatrzył jeszcze raz na dziewczynę leżącą na ziemi - "raczej nie będzie w stanie iść o własnych siłach". Doktor właśnie wrócił ze sprzętem zabitego i plecakami.
- LaBay, znajdźcie wśród tych drzewek, dwie gałęzie, około 1,7m, ja pójdę po pojazd tego gościa, zrobimy prowizoryczne nosze, na quada załadujemy sprzęt i zmywamy się stąd, byle szybko. On mógł mieć więcej znajomych, niż ta dwójka która zginęła kilka godzin temu...

Ruszył przez ciemność w stronę pojazdu, sprawdzając ręką czy mapa jest na swoim miejscu - w kieszeni na piersi. Teraz mu się przyda jak nigdy..."chyba ruszymy w kierunku Tull..." - myślał.
 
__________________
Gdy swe oczy otworzyłem wielki żal ogarnął mnie,po policzkach łzy spłynęły, zrozumiałem wtedy, że... Czarny chleb i czarna kawa opętani samotnością,myślą swą szukają szczęścia, które zwie się wolnością.
Rangers lead the Way!!!
merill jest offline