Felix zaklął siarczyście gdy obudzono, nie, wyrwano go ze snu. Piękne wyspy na jakich się znalazł, pełne słońca, ciepła i nagich kobiet, kraina o której przed zaśnięciem opowiadał mu towarzysz nagle rozprysła się niczym mydlana bańka. W miejsce snu wszedł mróz, wiatr, przeraźliwe zimno i huk zimowej nawałnicy.
Nie ociągając się, szybko nałożył ile się dało warstw ubrań i ruszył przedzierając się przez wiatr i śnieg w stronę koni.
Zwierzęta rżały, rwały się z więzów, wściekle machały kopytami, jakby za cały tym wiatrem i mrozem czaiło się coś więcej.
Felix z najwyższym trudem starał się zapanować nad końmi. Nie szło z nimi zwyciężyć siłowo, można było jedynie posłużyć się sprytem. Starał się nałożyć koc na łeb zwierzęcia, brak widoczności skutecznie łagodził zwierzynę. Cały czas przekrzykiwał wichurę starając się porozumieć i współpracować z
Heinrichem. We dwójkę mieli większe szanse zapanować nad końmi, niż gdyby każdy z nich miał to robić oddzielnie.
Zagryzając z zimna zęby, w pocie czoła walczył z nawałnicą, licząc na szybką pomoc, lub choć okopanie terenu, aby siłą wiatru mogła opaść.
[Rzut w Kostnicy: 19] [Rzut w Kostnicy: 41]