Wydawało się jej, że to będzie kolejna, udana kradzież. Co mogła innego robić w nieznanym jej mieście? Jednak gdy kupiec, na którym miała zamiar doskonalić swoje rzemiosło nakrył ją, chciała szybko zmienić swoje plany na przyszłość, a gdy ciągnęli ją przez miasto, zaczęła układać przypominać sobie dawno zapomnianą pocieszającą litanię Ranalda. Nikt jej jeszcze nie nakrył, no, przynajmniej nigdy nie trafiła do celi, zawsze udawało się jej umknąć. Dzisiaj zdecydowanie nie był jej dzień.
„Kupiec” przeszukał ją dokładnie, na jej gust zbyt dokładnie. Chyba będzie musiała zmienić zdanie o tym zapadniętym kraju, w Tilei nigdy by się na coś takiego nie zniżyli. Nie aż tak brutalnie. Potem nastąpiły rzeczy, których Erica nigdy nie będzie chciała pamiętać. Chciała się bronić przed tymi obwiesiami, ale na nic zdały się jej krzyki, i ciosy, którymi gęsto okładała strażników. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętała był pulsujący ból w głowie. I ten pieprzony łysol.
Zbudziło ją skrzypnięcie zawiasów. Pomacała bolące miejsca, łajdacy obili ją dokładnie, broniła się jak kocica. Odruchowo kierowała swoją dłoń coraz niżej, z przerażeniem stwierdziła, że zabrali jej dziewictwo.
„Pierdolone skurwysyny, jebane kozojeby! Niech im chuje sczezną, niech sam Slaanesh się nimi zajmie, popaprańcy jedni.” – takie i podobne myśli kłębiły się w głowie Erici. Zakatrupi ich, choćby miała wezwać wszelkie potęgi tego świata, by jej pomogły. Pomacała szyję, aby sprawdzić, czy wciąż ma swój medalion.
Potem przynieśli ciuchy i żarcie. Wbrew słowom „kupca”, ociągała się, wcale nie było jej spieszno nigdzie spieszno, skoro ma umrzeć, jak zapewniali ją jej gwałciciele. Ku jej zdziwieniu zaprowadzono ją do komendanta.
-
Sama zabiję tych skurwieli, gołymi rękami! – wydarła się Erica, jednak szybko zniżyła ton pod żelaznym spojrzeniem komendanta.
-
Przepraszam. – powiedziała, patrząc w bok. Mimo tego wszystkiego, nie chciała być „niegrzeczna”.
-
Dlaczego, po co to wszystko? – odparła po chwili gdy skończył, zawiedziona.
-
Przecież ja na życie muszę jakoś zarabiać, nie zdechnę tak zwyczajnie na ulicy. Gdzie tu jest, kurwa, sprawiedliwość? – patrzyła się w kąt, długo.
-
Co będę musiała robić? – odparła obojętnie, wbrew pozorom bardzo ceniła swoje życie, a słowa komendanta, że tamci ludzie zginą, lekko podniosły ją na duchu.
[Rzut w Kostnicy: 20]