| Krasnolud wpatrywał się wściekły w człeczyny które go otaczały. Banda przeklętych tchórzy! Żaden krasnolud nie ośmieliłby się zaatakować tylko dla tego że miał przewagę liczebną nad wrogiem. Toż to hańba na całe życie. Gdyby którykolwiek z jego braci zrobił coś tak głupiego i tchórzliwego to natychmiast musiałby udać się do świątyni Grimnira, przebyć rytuały i zostać Zabójcą.
Z drugiej strony... Thalgrim przyjrzał się człekom. Cherlawe toto. Ocenił i splunął na bok. Cherlawe. Jakby się głębiej zastanowić to szanse są prawie równe, gdyby doszło ich jeszcze ze dwóch to powinny być równe całkowicie. Krasnolud nie znosił tego kraju. Mało znali tu jego lud i byli pełni dziwnych uprzedzeń. Na dodatek warzyli piwo całkowicie do dupy. Kiedyś, lata temu narzekał na piwo człeczyn z Księstw Granicznych które to człeczyny wcześniej przybyły tam z Imperium. Tamto było sikaczem. A to? Gdyby tutejsze piwo nazwać szczynami trolla to była by pochwała. - No chodźcie cherlawe łajzy! - wrzasnął wściekły - Chcecie prawdziwej walki? Chcecie krwi to chodźcie a nie będziecie się czaić! Tchórzliwe ścierwa, pomioty snotlinga! - krzyczał w reikspielu. W końcu to człecza kraina i trzeba stosować człeczą mowę którą się zna.
Krasnolud wciąż zdumiony był bronią Estalijczyków, jakiś badziewny mieczyk. Imperialni przynajmniej potrafili stworzyć w miarę nadającą się do walki broń ale toto? Jednooki nie wyobrażał sobie jak z takim badziewiem można iść na jakiekolwiek pole walki.
Krew się w nim gotowała, był gotów uderzyć natychmiastowo każdego kto wykonałby ruch jawnie świadczący że chce go zranić. Splunął jeszcze raz i warknął. |