Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 08-02-2008, 16:24   #1
Bulny
 
Bulny's Avatar
 
Reputacja: 129 Bulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znanyBulny wkrótce będzie znany
[NS] The Gods Made Heavy Metal

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=1hgfVbixQlg[/MEDIA]

Mężczyzna średniego wzrostu o długich ciemnych włosach okryty czarnym płaszczem podszedl do stolika biorac z niego male urzadzenie z elekrodami. Po chwili obrócił się z uśmiechem w stronę krzesła do którego przywiązany był zakneblowany, starszawy człowiek. Podszedł do niego mówiąc:
– No dobra staruszku. Próbowaliśmy po dobroci. Nie chciałeś gambli ani azylu, więc teraz będziemy zmuszeni użyć bardziej bolesnych metod. Jesteś pewien że nie wyjawisz nam jak uruchomić to wielkie gówno które przywlekliśmy tu razem z twoją upartą osobą? – po czym zdjął knebel z ust człowieka, który nucił tylko jakąś głupawą pioseneczkę. Oprawca popatrzył zirytowany i krzyknął:
– Gadaj śmieciu!
– Moi ludzie mnie stąd wyciągną! Nic Ci nie powiem! – usłyszał w odpowiedzi. Starzec ostatkiem śliny splunął na ziemię tuż przed nogi człowieka.
– Cóż… Sam tego chciałeś. – Krzyknął podburzony mężczyzna przypinając wyrywającemu się starcowi elektrody do głowy.
Po chwili z pomieszczenia można było usłyszeć dźwięk przepływającego pod ogromnym napięciem prądu oraz wrzask człowieka.


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=L8UoUXmKH_A[/MEDIA]
Tim Payton i Alexander O’Connor

- Dobra chłopaki. Jest kolejna robota. - Rzekł wasz kumpel Jack, który razem z wami odszedł od NY Army. Jack pochodził z Vegas więc chłop zawsze potrafił ustawić się w życiu, a do woja przyłączył się tylko po to, by znaleźć schronienie przed różnymi siedzącymi mu na tyłku bandziorami z którymi ubijał niekiedy brudne interesy. Teraz założył firmę która znajduje wam robotę. Coś w stylu „Wy mi płacicie, ja znajduję ludzi którzy zrobią maszynom tak zwaną jesień średniowiecza z dupy.” Teraz szykowała się kolejna robota. Ach… Jak wy to kochacie. Mężczyzna, widząc uradowane miny ciągnął dalej:
– Tak więc, mieszkańcy Roswell – Tej małej mieściny na zadupiu – zapłacili mi, bym wysłał was żebyście zbadali tamtejszą sprawę „znikających pól”. Na pierwszy rzut oka może wydać wam się to trochę zabawne ale sprawa jest bardzo poważna. Mam potężne przesłanki, by myśleć że jest to jedna z baz-matek molocha. Tylko co ona robi na takim południu? – Mówił z bardzo poważną miną. Widać było że sprawa będzie trudna i nie obejdzie się bez problemów. No, ale w końcu takie problemy to wasza – nic dodać nic ująć – specjalność. Szykowały się też duże gamble.
- Wiecie chłopcy jak pracujemy. Jedziecie tam, badacie sprawę, niszczycie ścierwo, zbieracie nagrodę, jedziecie do mnie a ja wam odpalam jeszcze kawałek z tego co sam dostałem. - Słowa Jacka wyrwały was z zamyślenia. Spojrzeliście na niego nieufnie, czyli jak zwykle kiedy załatwia wam nieznaną robotę. Jack jest gościem z Vegas i potrafi kombinować. Zawsze można było się po nim spodziewać, że wyśle was na front, a potem zwieje z forsą gdzieś na jeszcze większe zadupie byście go nie znaleźli. W każdym razie wysłał was już na trzy akcje, i zawsze dostawaliście wynagrodzenie, więc czemu i teraz nie wyruszyć?

Wykupiliście w mieście prowiant oraz paliwo, na drogę i wyruszyliście swoim ulubionym łazikiem - który przeżył ostatnimi czasy więcej, niż niektóre czołgi w NY Army przez całe swoje życie – do Roswell. Droga przez pustynię była długa i ciężka. Już pierwszej doby podróży w nocy spadł radioaktywny deszcz przywiany tu z północy. Opady jednak nie wywołały większych szkód w waszym prowiancie i sprzęcie. Drugiego dnia mieli czelność napaść was gangerzy lecz, gdy zlikwidowaliście bez problemu dwóch z nich, reszta dała sobie spokój. W końcu po trzech dobach jazdy dobrnęliście do miejsca przeznaczenia. Oczywiście Jack omawiając z wami warunki umowy jakby zapomniał powiedzieć wam do kogo się zgłosić. No cóż… Trzeba rozpocząć poszukiwania na własną rękę.

Roswell nie jest dużą mieściną. Nawet nie prowadzi tu żadna droga. Przez większość czasu musieliście jechać stepem i pustynią. Było ciężko, ale takim pojazdem da się wjechać dosłownie wszędzie. Widzicie tutaj parę przedwojennych domków, jak i nowo zbudowanych. Gdzieniegdzie po ulicy jeżdżą motory. Wszystkie mają na bakach narysowany sprejem znak podkowy. Najwyraźniej jakiś gang, czy coś w tym stylu. Mieszkańcy jednak nie boją się ich zbytnio, choć widać iż ludzie sieją respekt tam gdzie są. W końcu jadąc - pełnymi śmieci, starych beczek, części domów i łusek od kul – uliczkami miasta dobrnęliście do knajpy w której mieścił się też hotel. W końcu trzeba było sobie zaklepać pokój wcześnie, a nie pod wieczór kiedy nie byłoby już miejsc. Przed knajpą zobaczyliście jak trzech gangerów stoi opierając się o czarne Cabrio a czwarty wchodzi do środka knajpy. Bandyci nie byli podobni do tych jeżdżących po mieście. Ale ci mieli tylko kastety, łomy i kije baseballowe. Najwyraźniej chcieli czegoś od kogoś w gospodzie…


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=MO8Y-102a-s[/MEDIA]
Michelle Rodriguez i Coyote

“Pieprzony ćpun” – to jedyna myśl która przychodziła Michelle do głowy. Ten Indianiec był czasem gorszy niż cały wielki Nowy Jork i jeszcze jeden malutki razem wzięte. Co chwila prawił kazania na temat zdrowego żarcia i w ogóle bytowania w zgodzie z naturą, a sam potrafił wypalić w dzień tyle zioła, ile Tobie wystarczyłoby na miesiąc. Ale no cóż, był przydatny i miły (no chyba że chodziło o Twój sposób odżywiania się – ale co mu do tego?) odkąd dorwałaś go gdzieś na stepie po drodze z Salt Lake City bardzo Ci się przydał. Potrafił znaleźć wszędzie żarcie i czystą wodę, a to było wam dużo bardziej przydatne niż cokolwiek innego. Oboje jechaliście dłuższy czas bez celu, dopóki w jakiejś małej pipidówce nie usłyszeliście plotek o jakichś łażących polach i innych niestworzonych rzeczach. Tu w okolicach Salt Lake takie plotki mnożą się jak radioaktywne grzybki po skażonym deszczu. Chodziły was nawet słuchy że na froncie walczy Elvis Presley w teamie z Bobem Marleyem. Czegóż ludzie z tych okolic nie wymyślą? W każdym razie, gdy przyjezdni z południa potwierdzili te plotki postanowiliście oboje zebrać się i tam przejechać. No dobra Michelle postanowiła, a gdy powiedziała Coyotowi że tam może być dużo robotów on bez problemu się zgodził. I tak wyruszyliście do Roswell.

Po paru dniach podróży swoim czarnym coupe w końcu dotarliście do miasteczka o którym mówiły plotki. Było małe. Jeszcze gorsza dziura niż ta z której wyjechaliście, ale przynajmniej sądząc z opowieści podróżnych czeka was tu wiele rozrywek w postaci wojowników molocha i innych ścierw. Oboje postanowiliście zatrzymać się w miejskiej knajpie. Jadąc uliczkami ciągle mijaliście jakichś gangerów na motorach, choć wyglądali oni bardziej na patrolujących ulice, niż szukających możliwości napadu. W końcu dojechaliście do zajazdu. Była to mała knajpka, choć piętrowa, gdyż u góry mieściły się pokoje mieszkalne. Na ich obecność wskazywał szyld z napisem „Kwatery do wynajęcia”. Michelle zaparkowała wóz przed gospodą i weszliście do środka. Było tam parę stalowych stołów, lada oraz na środku stół do bilarda. Naprzeciwko wejścia były drewniane schody na górę. Za barem stał dość niski mężczyzna nalewając własnie piwa z dystrybutora. Za nim wisiała tabliczka głosząca „Żadnych Bójek”. Oboje usiedliście przy stole obok okna, i zauważyliście że grupka typków z pod ciemnej gwiazdy kręci się wokół waszego wozu. Michelle już miała wstać i wyjść do nich, gdy drogę zagrodził jej potężny mężczyzna. Miał długie włosy, czerwoną bandamę na głowie, spodnie moro i biały podkoszulek. W ręku trzymał kastet. Mężczyzna powiedział:
- To wasze auto? Rekwirujemy je…


[MEDIA]http://sonicdrama.se/eventide/site/Eventide-The_world_is_dead.mp3[/MEDIA]
Sid Picker

Sześćdziesiąt kilometrów z buta? Jakiś czas temu było to dla Ciebie niewykonalne na pustyni, aczkolwiek teraz przekonałeś się iż taki wyczyn jest jak najbardziej możliwy. Karawana jadąca do Roswell którą rzekomo ochraniałeś musiała zatrzymać się na „miłą pogawędkę” z bandą gangerów. Tobie udało się w porę uciec zanim Ci idioci na motocyklach przez przypadek wysadzili ciężarówkę z amunicją. Potem nastąpiła tak zwana reakcja łańcuchowa no i na drodze zostały same wraki. Frajerzy sami się pozabijali, ale co z tego skoro potem musiałeś leźć i leźć. Szedłeś długo, bardzo długo aż w końcu przybyłeś do upragnionego Roswell. Ech, tłuc się tyle czasu na takie zadupie? A był inny wybór? Zawsze można było się cofnąć wprost pod lufy kolejnych bandytów. To Ci się jednak nie za bardzo podobało. Tak więc jak już mówiłem dobrnąłeś do Roswell. Byłeś bardzo zmęczony i chyba jedynie żarcie nafaszerowane „witaminkami” własnej roboty trzymało Cię przy życiu. Od razu skierowałeś swoje kroki do knajpy w której można się posilić i odpocząć.

Wszedłeś do gospody, barman jakby czytając w Twoich myślach od razu podał Ci chłodniutkie piwko. Piwko? Ale ty przecież niepijący. Podszedłeś do lady i zamówiłeś Ice Tea. Choć gospodarz patrzył na Ciebie ze zdziwieniem przytaknął, wyciągnął plastikową butelkę i nalał Ci napój. W barze nie było na razie nikogo. Kogóż się spodziewać z samego rana? Twój spokój cały czas burzyło buczenie starego agregatora prądotwórczego na zapleczu. Po jakimś czasie jednak się przyzwyczaiłeś i sączyłeś herbatkę siedząc na zimnym krzesełku barowym. Ach, w taki upał to miejsce było jedną z wygód o których marzyłeś już od bardzo dawna. Rozluźniłeś się i wyglądałeś na to co się dzieje przed karczmą. Na zewnątrz było spokojnie, miasto dopiero budziło się do życia. Gdzieniegdzie zaczynały bawić się dzieci, a ludzie chodzić do swoich zajęć. Widziałeś szewca, który właśnie przed warsztatem kleił buty. Obok niego oparta o ścianę była dwururka. W warsztacie obok cieśla kroił deski, u jego pasa wisiał rewolwer. Najwyraźniej ludzie z miasta potrafili dbać o swoje bezpieczeństwo.

Po chwili z transu wyrwały Cię dwie osoby wchodzące do baru. Kobieta stricte latynoskiej urody oraz Indianin. Oboje usiedli przy stoliku obok okna i zamówili napitek oraz coś do jedzenia. Kobieta była urodziwa, ale broń wisząca u jej boku skutecznie odstraszała Cię przed zagadnięciem do niej. Czerwonoskóry był już starszawy i nie odnosił się do niej jak do swojej laski, tak więc uświadomiłeś sobie że to pewnie jej przyjaciel. Wyglądał na bardzo miłego człowieka. Po chwili do knajpy wszedł jeszcze jeden mężczyzna. Najwyraźniej bandyta. Przechodząc obok Ciebie kopnął w krzesło na tyle potężnie że z niego spadłeś. Byłeś zbyt osłabiony by otwarcie się bić, ale wiedziałeś iż w razie konieczności będziesz w stanie wykrzesać z siebie jeszcze trochę sił.
– Sory koleś. - Powiedział człowiek, po czym podszedł do dwójki pozostałych gości i zaczął coś gadać…
 
__________________
"Gdy Ci obcych ludzi trzech mówi że jesteś pijany to idź spać" - Stare żydowskie przysłowie ;)
Bulny jest offline