Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 09-02-2008, 01:34   #4
Kud*aty
 
Kud*aty's Avatar
 
Reputacja: 87 Kud*aty wkrótce będzie znanyKud*aty wkrótce będzie znanyKud*aty wkrótce będzie znanyKud*aty wkrótce będzie znanyKud*aty wkrótce będzie znanyKud*aty wkrótce będzie znanyKud*aty wkrótce będzie znanyKud*aty wkrótce będzie znanyKud*aty wkrótce będzie znanyKud*aty wkrótce będzie znanyKud*aty wkrótce będzie znany
Michelle

Roswell, w końcu! - krzyknęła kobieta siedząca w czarnym dość szybko poruszającym się cabrio widząc z dala zarysy miasta. Pustynia która otaczała ich przez większość podróży zaczęła dziłać Mishelle na nerwy. Kilkakrotnie wraz z Coyote przejeżdżali obok ubranych w czarną skórę grangerów, którzy na pierwszy rzut oka nie szukali zwady. To wydawał się jej nadzwyczaj dziwne. W czasie podróży wielu takich widziała i jakoś żaden z nich nie był taki spokojny. Z reguły trzeba było ich samemu uspokajać. Chwilę później wysiadła ze swojego umiłowanego Coupe idealnie zaparkowanego pod knajpą i wraz ze swoim uśmiechniętym towarzyszem weszła do baru chowając kluczyki od samochodu do kieszeni. Dopiero teraz można było zobaczyć dokładnie jak jest ubrana i jak wygląda. Była średniego wzrostu dość szczupłą kobietą o latynoskiej urodzie. Nawet ładna choć to zależało raczej od gustu. Włosy miała upięte w kok lecz mimo wszystko kilka kosmyków zdołało się z niego wydostać. Jasno brązowe bojówki, czarne adidasy, biały podkoszulek pobrudzony olejem i rożnego rodzaju smarami odkrywający pępuszek i opinający się lekko na piersiach. Przez ramię przerzuconą miała czarną skórę a na szyi łańcuszek zakończony srebrną blaszką z wybitymi literami. Na prawej ręce znajdowała się drewniana bransoletka. Kobieta skierowała się od razu w stronę barmana zamawiając Ice Tea.
Przykro mi, ale prowadzę. Kiedy indziej spróbuję piwka - powiedziała puszczając oczko do gospodarza ;]. Parę sekund później Rodriguez siedziała przy stoliku ze zjaranym Indianinem popijając zmrożoną cytrynową herbatkę. Niestety, jej spokój został zmącony przez kilku cwaniaków kręcących się koło jej wozu. O nie - pomyślała - tego za wiele! Zaraz pokarzę tym szczylom, że cudzej własności się nie rusza! I już wstawała by do nich podejść, lecz nagle zagrodził jej drogę jakiś przypakowany facet w spodniach moro, białej podkoszulce i czerwonej bandamie. W ręku zabłyszczał mu kastet.

- To wasze auto? Rekwirujemy je… Powiedział niskim gburowatym głosem. Zdawał się być bardzo pewnym siebie.

Dla Michelle był to cios poniżej pasa. Mogła oddać spluwę, kasę, ubranie i wszystko inne, ale nie samochód. To będzie rzecz której będzie bronić do upadłego. Rzecz w tym, że upaść może bardzo szybko nie robiąc krzywdy napastnikowi. Z lekkim drżeniem nóg, które powodowała wzbierająca w kobiecie panika podniosła się, i zrobił to również Coyote, lecz on miał problem ze wstaniem z innego powodu. Kobieto! Tu chodzi o Twój wóz! Nie sraj w gacie tylko coś zrób! - jakiś wewnętrzny głos krzyczał właśnie na nią. Po krótkiej chwili opamiętał się. Uwagę pakera przykuł czerwonoskóry:

- Witam cię przyjacielu, co za wspaniała dziś pogoda. A więc chcesz od nas pożyczyć samochód ? Jeżeli o mnie chodzi to bardzo chętnie ci go użyczę. Dla mnie to nawet lepiej, w końcu o wiele zdrowiej będzie mi się przejść na piechotę, niż wozić się tym żelastwem.
Indianin uśmiechnął się jeszcze szerzej.
Istnieje jednak mały kłopot. Niestety nie jest to mój samochód, a mojej towarzyszki Michelle. Z tego co widzę ona przykłada do niego wielką wagę i wątpię, że chce go pożyczyć. W każdym razie jestem zmuszony ci odmówić.

Gdy skończył Michelle chciała udusić go, wypruć mu flaki, odstrzelić... głowę - cokolwiek byle by dobrze podziękować za tak potrzebne w tej chwili wsparcie.

A może mój towarzysz obstawi Ci kilka gramów zioła i tak się rozejdziemy? Ma tego dużo i na pewno będzie bardzo szczęśliwy mogąc Cię nim poczęstować! Rozwiążmy tę sprawę polubownie - odgryzła się.

Lecz teraz przyszedł jej w pomoc pewien mężczyzna, którego wcześniej nie zauważyła. W karczmie było wystarczająco ciemno by nie dostrzec jego twarzy. Niemniej jednak kobieta wpatrywała się w niego...

-Eee Ty!, Kolo- zabierasz swoich ziomków i zabieracie swoje tyłasy poza miasto, oczywiście bez bryki ona zostaje w rękach tej damy, w razie gdyby twój mózg miał jakieś problemy z przetrawieniem tego co Ci powiedział Indianin.

Dzięki wielkie - powiedziała w myślach do nieznajomego i wykorzystując chwilową dezorientację wyjęła swoją pukawkę i skierowała w stronę agresora robiąc kilka kroków w tył...

Odejdź razem ze swoimi kumplami! - krzyknęła
 
__________________
Nie-Kud*aty, ale ciągle z metalu...
Kud*aty jest offline