Anna „Andzia” Jeziorkowska
Pomroczność jasna
Crux Christianitas
Wojowie po zniknięciu Ladji szybko sformowali kolumnę. Przodem zostało wysłanych pięciu młodszych celem przepatrywania trasy. Andzia mimo głosu Jaśki wołającego ją gdzieś z boru postanowiła iść razem z wojami. Jej umysł i duszę wypełniały różne obawy i strach. Nikt jej nie widzi i nie słyszy. Owszem niektórzy czują jej obecność w jakiś sposób. Ale jak ona może pomóc ... ? Może się wyjaśni po drodze?
Droga wojów wiodła na jakąś górkę. Szli sprawnie i szybko, w milczeniu. Co jakiś czas pojawiał się któryś z młodszych mężczyzn wysłanych przodem. Zdawał krótką relację z której wynikało, że wroga nie ma, a droga czysta. Nagle cały oddział zatrzymał się, stojący na przedzie mężczyzna podniósł rękę w górę, prastarym gestem zatrzymując oddział.
-
Gotuj się! Wróg w pobliżu! reszta bez słowa uformowała krąg, szczęknęły wyciągane miecze, łucznicy przygotowali strzały, oszczepnicy oszczepy. Po chwili z oddziału, który przepatrywał drogę wróciła trójka osób.
-
Utopce panie, utopce. Znienacka nas obleźli! Borzymir i chromy Bliz ubici! młody wojownik był ranny i zmęczony, ale żywy. Każdy z pozostałych przy życiu przepatrywaczy był równie zmęczony. Każdy z nich był ranny.
-
Częstogoju, pomóż im, na ile możesz! Najstarszy zwrócił się do młodego mężczyzny. Andzia zauważyła, że oprócz miecza i tarczy nosi on niewielki kozik i dużą płócienną torbę.
-
Pomogę im Rastławie!
Ranni podeszli do niego, on z torby wyjął chleb, pajęczynę zawiniętą w liść, jakieś małe gliniane flakoniki poowijane sianem i płótnem. Zagniótł kawałek chleba z pajęczyną dodając nieco śliny i kilka kropel z jednego flakonika. Następnie założył kawałek płótna i solidnie przywiązał. Ranni podziękowali mu, on tylko się uśmiechnął i powiedział:
-
Skoro Rod i Rodzanice nie dały wam umrzeć to ja wam niewiele pomogłem.
Po chwili, kiedy Andzi wydawało się, że nic się nie dzieje, zza drzew wychynęły dziwne stwory:
mimo, że były szare - zresztą jak wszystko wokół - to zdawały się wydzielać niewielką zielonkawą aurę. Oprócz tego wydzielały całkiem wyczuwalny zapach zgnilizny i rozkładu. Andzia w życiu nie widziała czegoś podobnego. A taki smród czuła tylko raz, gdy zbierając puszki znalazła w rowie zdechłego gołębia toczonego przez robactwo. Owych istot, utopców, było osiem.
-
Ladija i Perun z nami! Śmieć utopcom! zakrzyknął Rastław.
Łucznicy i oszczepnicy szybko znaleźli swoje cele. Trzy utopce padły od razu, kilka minut później resztę roznieśli na mieczach wojowie.
-
Ladija i Perun nam sprzyjali! Kto ranny do Częstogoja. Reszta zebrać włócznie i strzały. A utopce w jaką dziurę, bo cały las zaśmierdnie ...
Reszta oddziału sprawnie i szybko wykonała jego rozkazy.
-
Swoją drogą Rastsławie, skąd tu utopce? Toż najbliższe jezioro daleko, a bagnisko to nawet nie wiem gdzie ...
-
Bratomile, nie wiem. Może jakaś ciota tu mieszka?
Andzia się zdziwiła, ciota? Czyżby mówił o "kochających inaczej"? Kurcze kto ich tam wie...
Po chwili wojowie zebrali się ponownie w szyk. Tym razem nikt nie szedł przodem. Ruszyli powoli w stronę szczytu... Gdy doszli na miejsce Andzia ujrzała krzyż. Normalny, drewniany, chrześcijański.
-
Zaraza grabiego Gero już i tu wlazła! Pamiętacie, co powiedział nasz kniaź Mieszko?
Andzię ukłuły znajome słowa "kniaź Mieszko" ... "czyżby książę Mieszko? Mieszko I?" Kurcze .... Do Andzi dotarło, że może być świadkiem początków chrystianizacji polan.
-
Obalić mi to! bez wahania rzucił Rastsław.
Wojowie nie bez lęku zabrali się do podcinania podstawy krzyża.
Nagle zza drzew dobiegł ich głos:
-
Ostawcież to poganie! słowa te wypowiedział mnich. Andzia rozpoznała to po szkaplerzu, trzymanej w ręce Biblii i krzyżu na piersiach.
mich nie był wbrew pozorom całkiem sam. Towarzyszyło mu dziesięciu zbrojnych.
Andzia czuła, że walka wisi w powietrzu. Rastsław, przywódca wojów odezwał się pierwszy:
-
To ziemie kniazia Mieszka, ja Rastsław kniaziowy woj, mam przykazane ziemi pilnować, naszych zwyczajów szanować i obcych bogów znaki obalać.
-
To nie jest znak bożka, to symbol jedynego prawdziwego Boga miłosiernego. Wasi bożkowie są jedynie bałwanami, bezsilnymi wobec woli i mocy Najwyższego! A ziemie te w imieniu grabiego Gero mam nawrócić, jakem Adalbert!
Rastsław i Adalbert obserwowali się wzajemnie. Wojowie Rastsława i zbrojni Adalberta gotowali się do walki...
Gdzieś zza krzaków na polanę ni stąd ni z owąd wychynęło dziesięć pokracznych istot. Wysokich niczym człowiek, o masywnych ramionach i nogach, każda z nich posiadała spory garnitur zębów. Każda z rąk zakończona była ostrymi szponami. Niektóre z istot trzymały drewniane maczugi.
-
Diabły, czorty, siły złego! Do broni rycerze. Do broni! zakrzyknął Adalbert, rycerze szybko uformowali krąg i przygotowali się do walki.
-
Kościogłowy! Do broni w imię Peruna i Ladji Rastsław postawił wojowników w stan gotowości.
Istoty, które wkroczyły na polanę patrzyły na wojów Adalberta i Rastsława w sposób, w jaki patrzy się na kotlet mielony... Ewentualnie tucznego prosiaka. Koło Andzi znikąd pojawiła się Ladija.
-
Weź to, ubierz, nie zdejmuj, trzymaj mocno. A wygrają ... nim Andzia zaprotestowała czy zapytała o cokolwiek Ladija podała jej dziwny medalion i zniknęła
"Trzymać medalion? No dobra ... Chyba dam radę ...." Tymczasem stwory ruszyły w stronę wojów Rastsławia i rycerzy Adalberta. Na polanie zrobiło się cokolwiek chłodno i niemiło.
Tym czasem Andzia usłyszała głos Jaśki wołający ją zza krzaków:
-
Ej Andzia ! Podejdź no tu do krzaka, nie stój tam jak kołek. Pogadamy ...