| Calien spojrzała na mężczyznę, uważnie przysłuchując się temu co mówi.
-Musiałeś bardzo kochać rodziców...W pewnym sensie walczysz w ich imieniu...
Max ściągnął z bólem na twarzy jednego buta. -Fakt kochałem ich, lecz teraz nie pamiętam nawet jak wyglądali.
Calien wyraźnie posmutniała. - Masz szczęście, że ich znałeś...Ja nie wiem co to znaczy mieć rodziców.
Max popatrzył na twarz Calien i zrezygnował tymczasowo ze ściągania drugiego buta. -Większość ludzi mieszkających w biednej części miasta nie ma rodziców. Taki już nasz świat. Czasami się zastanawiam co jest większym złem? Władcy Imperium czy nasz odwieczny wróg Chaos? Wciąż nie mogę odpowiedzieć sobie na to pytanie...
Calien wstała z łóżka i podeszła w kierunku Maxa. Przez chwilę zastanawiała się nad słowami, które padły z jego ust. Co jest większym złem? Co nim jest? –Pomyślała Calien.
Nie znalazła na nie odpowiedzi. Być może kiedyś przekona się o prawdzie.
Przybliżyła się do Maxa. Stojąc boso tuż przed nim, delikatnie podparła jego podbródek podnosząc tak, by widzieć jego oczy. - Widzę, że cierpisz duchowo tak jak ja...Ale te rany na twym ciele... Czy pozwolisz mi, odebrać choć część tego bólu?
Max jakby przestraszył się dotyku Calien. Spojrzał jej w oczy z lękiem. Nie mogę zawieźć samego siebie! Obiecałem sobie, że nie będę już mieszał się w stałe uczucia...nie takim kosztem... –Pomyślał Max.
Max przez chwilę był nieobecny. W końcu odezwał się. -Chodzi ci o rany na plecach?
Calien niepewnie spojrzała na mężczyznę. -Tak, rany na plecach...Dlaczego je masz? Cierpisz przez nie...Chciałabym pomóc.
Max złapał Calien za dłoń i położył na swoim barku, jednocześnie wymuszając tym to, aby Calien schyliła się twarzą w jego kierunku. Uśmiechnął się. Calien zaskoczona mimo woli nachyliła się. Poczuła ciepło jakie biło od ciała mężczyzny. Nie pierwszy raz dotykała ciała mężczyzny, ale tym razem było inaczej. Przez jej ciało przeszła fala nieopisanego ciepła i uczucia. Spojrzała prosto w oczy Maxa, który uśmiechał się do niej. Szeptem poczęła wypowiadać słowa inkantacji: - Cura ut valeas, cura ut valeas…
Powtórzyła kilka razy wyraźnie akcentując pierwsze z członów. Ciepło i delikatnie falująca powłoka ogarnęła ciało mężczyzny. Delikatny dreszcz przeszedł po plecach a rany poczynały zasklepiać się tworząc coraz mniej widzialne cienie. Max wstał i niemalże dotknął swoja twarzą twarzy Calien. -Wyśmienicie... Dziękuję za pomoc...
Calien odsunęła się do tyłu. Skinęła głową i obróciła w stronę łóżka.
-Proszę. Cieszę się, że mogłam pomóc chociaż w taki sposób…
* * *
Felix pochłonięty błogim snem, nagle został zbudzony. Zaspanym wzrokiem rozejrzał się po pomieszczeniu. Przekonany faktem, że obudziło go chrapanie Joachima, położył głowę na poduszce. Ponownie coś go poderwało ze snu. Tym razem jednak był pewny, że to nie Joachim. Przez chwile myślał, że może to burza lub deszcz. Odgłosy dochodziły zza zamkniętej okiennicy. To rozwiało jego wątpliwości co do deszczu i burzy. Felix zorientował się, że ktoś lub coś jest za oknem.
* * *
-Wystrzegaj się tego, który kłamstwem przez prawdę przemawia. On będzie Ci zgubą!
Andres podbiegł do kamienicy, w której dostrzegł tajemniczą postać. Nagle z jednego z okien kamienicy, pod którą stał Andres padł strzał. Kula rozbiła w powietrzu krople deszczu, pozostawiając smugę dymu w powietrzu. Andres słysząc kolejno uderzenie pioruna i strzał broni, ujrzał błysk na niebie i myślał, że kula trafiła w jego ciało…Andres upadł w kałużę. Potknął się na kamieniu. Odwrócił głowę w kierunku kapłana. Mężczyzna leżał w kałuży własnej krwi na ziemi. Okropny ból miotał nim po brukowanej ulicy. Wyciągnął rękę w kierunku Andresa.
-Poomóż mmmi…! –Wystękał dość głośno mężczyzna, tak by Andres mógł usłyszeć.
Ostatnio edytowane przez DrHyde : 02-12-2008 o 22:37.
|