Reputacja: 7  | Stephen nic nie rozumiał, a już najbardziej nie rozumiał, dlaczego znalazł się w tym towarzystwie.
- Kurde, jestem zwykłym, młodym, niedoświadczonym wojownikiem. Co ja mam robić?
Przyznawał się sobie, ze się ich nawet trochę wstydzi. Wstydzi tego, że są tak samo potężni, jak on słaby, że nie może olśnić swoją sprawnością bitewną, ze chciałby się dać poznać z dobrej strony, zagadać, porozmawiać. Tymczasem kompletnie nic. Tylko jedna wampirzyca jako tako go chyba akceptowała, choć raczej jako maskotkę niż towarzysza. Tymczasem Stephen nie chciał być kimś gorszym. Zresztą, któż chce? Może i był naiwny, z czego zresztą zdawał sobie doskonale sprawę. Ale przecież miał 19 lat. Inni byli starsi i niebo bardziej doświadczeni. Może i nie stanowił jakiegoś okazu bohatera, ale przynajmniej jego byli podkomendni wiedzieli, że nie uważał, iż pojadł wszystkie rozumy i mogli liczyć na jego lojalność, absolutna lojalność. Przewijało się to praktycznie we wszystkim , co robił: jeżeli ktoś traktował go dobrze, Stephen to zapamiętywał odwdzięczając się, jeżeli źle, cóż, odsuwał się po prostu. Był w stanie postawić swe serce, ciało i całe swoje umiejętności ratując lub pomagając komuś, ale na pewno nie miał zamiaru nikogo przekonywać do siebie. To był zresztą jego odwieczny problem. Kobiety, które mu się podobały zazwyczaj leciały na mężczyzn silnych, agresywnych, albo przynajmniej wiedzących, czego chcą. Stephen był inny. Nie miał ani wielkiej charyzmy, ani wyglądu modela. Owszem, ze swoimi regularnymi rysami twarzy uważano go za ładnego chłopca, lecz nieco bezosobowego. Nie posiadał także specjalnej charyzmy. Każda jego pozycja, czy to w grupie świątynnej, czy na szlaku była raczej efektem wypracowania, niż pierwszego wrażenia, które zazwyczaj miewał złe. Ot, zwyczajny przeciętniak, którego twarzy się zapomina. Jego siła tkwiła nie tyle w mocnym wejściu, ale konsekwencji, uporowi oraz zdrowym rozsądku. Inni wiedzieli, że mogą na niego liczyć i, że jeżeli on postępuje w jakiś sposób, to na pewno rzuci na szale wszystkie swoje siły. Nie był nadczłowiekiem jak oni, ani nawet dumnym z siebie herosem podwórkowym, który na skinienie palca miał powieszone u ramion pół tuzina popiskujących dziewczyn. No i to była kolejna rzecz: nie chciał być kimś takim. Melancholijny, nieco zadumany, stał raczej na boku nie bijąc się, nie szpanując, nie walcząc, dumny i samotny. Dumny z tego, że jest inny, nie jakimiś wyjątkowymi cechami ciała czy ducha, ale osobowością. Niczym bohater romantyczny, kimkolwiek ów bohater jest. Było to kolejne pojęcie, które kołatało mu się po głowie i które byłby w stanie objaśnić, lecz kompletnie nie wiedział, skąd je zna. Po prostu, zwyczajnie po ludzku chciał znaleźć kogoś swojego pokroju, ale póki co, takiej osoby nigdy nie spotkał.
Tymczasem jednak był wrzucony siłą do drużyny, gdzie musiał się jakoś znaleźć. Było mu ciężko, tym bardziej, że albo był po prostu lekceważony, albo sam poruszał się z gracją słonia w składzie porcelany. No bo popatrzcie na tego wilkołaczego twardziela. Podszedł do Altari i rozmawiał z nią pewnie i swobodnie. Czuło się od niego ową pierwotną energię, która każe każdej osobie zachować szacunek odpowiedni, kiedy się do takiego kogoś zbliży. Stephen nie byłby w stanie tak po prostu podejść i zwyczajnie zagadać do wampirzycy, a już na pewno nie taksując ją przy tym przenikliwym wzrokiem z wyraźnym zainteresowaniem. Nie zrobiłby tego, bo się trochę bał, a ponadto, dla niego kobieta mogła być zwykłą, ziemską istotą, ale jednocześnie stanowiła coś więcej. Zawierała jakiś pierwiastek niebiański oraz mistyczną tajemnicę. Ale to był ideał, a świat nie jest idealny, kobiety także, więc one także nie były aniołami. Stephen zaś dążył zawsze do ideału. Albo przynajmniej tak sobie wyobrażał, ze dąży. Bo przy wilkołaku, szczególnie przy nim, czuł się malutki.
Zrobił kwaśna minę i odsunął się nieco. Jego wzrok spoczął na kocicy. Pomyślał, że powinien ją przeprosić za ten ogon. Była bitwa, walka, przecież nic dziwnego, ze takie coś mogło się zdarzyć, ale widział, że jej kita wygląda na, no, nieco pomiętoloną, w porównaniu z poprzednim stanem. Poszedłby i przeprosił, ale kto wie, możliwe, że jego szczere słowa przeprosin wzięte byłyby za kpinę. A on nie miał zamiaru z nekromatką zadzierać. Br, aż się wzdrygnął na myśl, co ta zła czarownica o kociej posturze może zrobić. Spośród reszty drużyny najbliższy wydał mu się bard. Nie był ani genialnym wojownikiem, ani przemieniającym się cudakiem. Miał także wrażenie, ze jako jedyny żywi jakie wątpliwości, czy dobrze uczynił nie atakując wampirzycy, gdy wysysała Stephanowi krew. Inni zdawali się nieprzemakalni, a ich twarde miny podczas kazania Altari świadczyły chyba, ze odrzucają jej słowa.
- Wiesz pan - zwrócił się do barda. – Dziwna rzecz to całe wezwanie, bitwa, no i ten nagły atak. Gratuluje zwycięstwa nad jednym. Przynajmniej mi nie jest łatwo zachować niezbędny spokój walcząc przeciwko takim stworom.
Tak naprawdę bardziej chodziło mu o poznanie kogoś z drużyny, a bard wydawał się najrozsądniejszy oraz najnormalniejszy. Miał po prostu nadzieję, ze chwile porozmawiają i odtąd łatwiej będzie im się znaleźć w teamie wampirzycy.
Ostatnio edytowane przez Kelly : 02-26-2008 o 06:33.
Powód: nienawidzę tych swoich literówek, niby poprawiam, a zawsze cos potem znajduję
|