Ja jestem fanem dzieł Alejandro Innaritu, szczególnie dwóch: "21 gramów" i "Babel". Niezwykłe studium ludzkiej psychiki, żonglowanie retrospekcją i świetnie dobrani aktorzy, sprawiają, że widz na długo nie może wyrzucić z pamięci bohaterów. Fabuła skacze i urywa się, by powrócić na swój dawny tor za kilkanaście scen. W końcu wszystko zlewa się w całość, zachwycając i jednocześnie zmuszając do przemyśleń. Jeśli chodzi o filmy psychologiczne cenię też wysoko "The Jacket" z rewelacyjnym Adrienem Brody, hiszpański "Labirynt Fauna", "Wszystko jest iluminacją", który trzeba po prostu obejrzeć i dzieła Almodovara. Z kina bardziej "rozrywkowego" uwielbiam obrazy Tarantino ("Wściekłe psy" w szczególności), dość niedoceniany "V jak Vendetta", "K-Pax" z Kevinem Spacey, czy "As w rękawie". Prócz tego starsze kino europejskie i hamerykańskie. Ostatnio z uśmiechem przypomniałem sobie "Upadek" z Michaelem Douglasem. Polecam ludziom sfrustrowanym pędem dzisiejszego świata. Wszystkie dzieła bliskie memu sercu, o których zapomniałem (jest ich wiele), bardzo przepraszam...
PS. Nigdy w życiu nie zapomnę dwóch kreacji. Ojca chrzestnego i Johna Rambo
