Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 03-06-2008, 09:30   #65
Kelly
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7 Kelly jest jak niezastąpione światło przewodnieKelly jest jak niezastąpione światło przewodnieKelly jest jak niezastąpione światło przewodnieKelly jest jak niezastąpione światło przewodnieKelly jest jak niezastąpione światło przewodnieKelly jest jak niezastąpione światło przewodnie
$: 214 241
Chciał przyjąć propozycję barda. Chciał, ale nie zdążył. Najpierw Sariel zaczął coś kombinować zadając ból dziewczynie. Dziewczynie, która ma wprawdzie 950 lat, ale dziewczynie i pieprzyć wszystkie świadectwa urodzenia. Chciał do niego podejść i dać mu w gębę, ale powstrzymało go to, że gospodyni ewidentnie z nim współpracowała. Co więcej, mimo cierpienia, cieszyła się tą współpracą. Cieszyli się obydwoje. Piękni, cudowni, potężni. Para jak znalazł. Idealna, wspaniała, chociaż jej twarz niemal łkała. Bolało ją, bolało tak, że wydawało się, iż jej dusza wyła. Jednakże robiła coś, czego porucznik początkowo nie rozumiał. Dopiero potem, kiedy wręczono mu jeden z medalionów dowiedział się o co chodzi. Zawiesił go na szyi, jednak potem owinął chustką. nie chciał przypadkiem dotknąć nim wampirzycy. Może bezsensownie, bo wszak jakim sposobem mógłby ją dotknąć swoją szyją? Ale zrobił to, nawet nie wiedząc dokładnie dlaczego.

Ironiczny, chyba, uśmiech Sariela, zgorzkniała odpowiedź wzrokiem Stephena. Chyba, ze tak się wszystko mu wydawało. Był tylko człowiekiem, zwykłym człowiekiem w otoczeniu potęg, którymi zarówno byli anioł, jak i wampirzyca, jak i jego towarzysze. Co za los wybrał go do tego? Dlaczego? Odkąd tu był nic mu się nie udawało, nic kompletnie. Jakiś czas temu był jeszcze zwykłym normalnym człowiekiem, zadowolonym, pełnym radości oraz ambicji, nadziei. Czy zaczął to tracić? Miał wrażenie, że zaczyna po prostu gorzknieć, że wszystkie owe pozytywy, które czynią człowieka człowiekiem powoli znikają zostawiając jakąś skorupę. Czy chce tu być? Odezwała się burza uczuć.
- Tak – coś szeptało mu z jednej strony wskazując na wampirzycę, Nalę, Sariela, resztę drużyny.
- Nie – inny głos szeptał wskazując na to samo doprowadzając Stephena do niemal obłędu. Przecież najzwyklejszy porucznik nie musi rozwiązywać problemów świata! Dlaczego, dlaczego zwalono to na niego?

Gryzł się. Chciał być naprawdę kimś sympatycznym, użytecznym lubianym. Chciał kochać i być kochanym, chciał pomagać innym i zawsze coś nawalało. Niemal radośnie wiec przyjął owe dwa wampiry Sariela wrzucone im na pożarcie. Mógł po prostu się bić desperacko, może głupio, ale mógł zostawić cały ładunek swoich myśli. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Wprawdzie przypominający bardziej grymas, ale zawsze.

Nucąc piosenkę, jedną z tych, które kompletnie nie wiedział, jak pojawiły się w jego umyśle:

- “Are we so desperate, oh are we afraid
We're just two lost and lonely people, scared to be alone again
Are we so desperate, aren't we afraid.


… zaatakował najbliższego rudowłosego wampira. Miecze błysnęły w świetle jarzących świec. Klingi zaśpiewały pieśń śmierci. Wariacki, żałosny atak! Atak bez przygotowania oraz sensu tylko z pokręconą pasją gnającą go do szalonego natarcia.

Cios! Błysk!! Pchnięcie! Gwałtowne, praktycznie bez blokady, nastawione na wyładowanie jakiejś frustracji, która wylewała się ze Stephena. Naprawdę chciał, ale co z tego, kiedy nic mu nie wychodziło. Uderzał wiec nie myśląc o niczym i ciesząc się, ze nie musi myśleć. Gdyby jeszcze ten pieprzony cholernik stał, ale nie chciał. Wampir był szybki, potwornie szybki. Najpierw błysnęło zaskoczenie gwałtownością szarzy Stephena, potem zaś chyba rozbawienie. Porucznik zdawał sobie sprawę, ze potężny martwiak bawiłby się z nim niczym kot z myszą, gdyby chciał. Stephen próbował desperacko trafić wykorzystując całe swoje umiejętności. Na próżno, całkowicie próżno. Gdyby nie inni, którzy pracowali obok, pewnie dawno by porucznika załatwił.

- Szlag! – Wyrwało mu się, kiedy nagle znalazł się w pobliżu ogona, na który absolutnie nie chciał kolejny raz nadepnąć. Miał wrażenie, że bystre oczy Nali wręcz testują go przez ten ułamek sekundy, kiedy krzycząc PRZEPRASZAM! rzucił się nagle w bok niedaleko drzwi, by wylądować prosto przed drugim wampirem.

Czarne włosy niczym smoła i złe czarne oczy kontrastujące z bielą wysuniętych kłów, ostrych, jak igły lecz jeszcze bardziej śmiertelnych. Była złowrogą siłą, emanowała zniszczeniem i destrukcja traktując porucznika jako potencjalny obiad. Wyczuwał to, lecz ... była także kobietą. Kimś, kogo należało bronić i ochronić. Wahał się wprawdzie tylko przez moment, ale ten wystarczył wampirzycy. Zajęta walką z kimś innym znalazła chwilę, żeby błyskawicznie machnąć ręką. Jej blada dłoń z prędkością strzały zbliżała się do piersi porucznika uderzając go niczym zawodowy bokser bije osłabionego, chwiejącego się na nogach przeciwnika.

Gdyby nie kolczuga z wacianym podkładem pewnie trzasnęłyby żebra, ale nawet tak Stephen zobaczył niby na spowolnionym obrazie, jak nagle przesuwa się do tyłu, a jego dziwnie lekkie stopy odrywają się od ziemi. Ból rozrywający wszystko, ciemność, jakiś dziwny, fantastyczny lot skręconego ciała przez powietrze i nagły wstrząs, kiedy wpadł na kogoś. Kogoś miękkiego. Przez chwilę był zbyt oszołomiony, żeby zrozumieć, co robi i na jakich to miękkich poduszeczkach ułożył właśnie swoją głowę. Dopiero po chwili doszło do niego, ze to ... piersi Altari, która wraz z Sarielem stała przy drzwiach wyjściowych obserwując walkę. Spodziewała się pewnie wszystkiego, ale chyba nie tego, że jeden z członków drużyny do niej przyfrunie.
- Red Bull doda ci skrzydeł - coś powiedział, a może pomyślał bezsensownie.

Leżała chyba bardziej zaskoczona niż oszołomiona, raczej zdziwiona niż zła wpatrując się ciekawie tymi swoimi wielkimi, pięknymi oczyma, które potrafiłyby w mgnieniu oka obudzić super macho nawet w 90letnim impotencie. Tyle, że Stephen nie dostał owego mgnienia. Zdaje się Sariel był nieco mniej zaskoczony, niż księżna, a może tylko mniej pobłażliwy, bo porucznik gwałtownie został postawiony do pionu z arcyzjazliwą, przynajmniej w uszach Stephena, uwagą:
- Rozumiem pośpiech, ale najpierw trzeba poprosić, młodzieńcze. Nie uważasz? - Skąd on znał te słowa? Słowa wypowiedziane niedawno w karczmie przez samego porucznika.

Uważał, ale teraz był zbyt oszołomiony tym wszystkim. Zbyt pokręcony, żeby jasno myśleć, rozumować i widzieć lorda, który zajmuje się swoją księżną pomagając jej powstać z podłogi i pewnie coś dalej mówiąc. Pewnie na temat Stephena, który znowu narobił bigosu. Porucznik nie słuchał tego. Dostrzegając tylko kątem oka rozmowę zaatakował na oślep. Chybił. Rudy wampir zanurkował pod jego ramieniem uderzając w nadgarstek tak, ze wypuścił z ręki szablę. Dłoń zwisła bezwładnie, a fontanna bólu wystrzeliła gejzerem tłumiącym wszystkie inne uczucia. Ciemność znowu, ciemność przenikająca się z purpurą obłędnego bólu oraz braku powietrza. Drugi miecz już leżał rzucony na ziemię, a resztką świadomości kierowana druga, jeszcze nieuszkodzona próbowała oderwać z szyi ramię wampira. Dusił oraz zasłaniał się porucznikiem, rzucając go przed sobą jak lalkę, niby żywą tarczę przeszkadzającą innym członkom drużyny zaatakować go odpowiednio. Miotał nim, ruszał, jednocześnie zaś dusił, och jak dusił. Stephen już nie mógł, po prostu nie mógł. Co z tego, ze zdrową ręką próbował się wyrwać z potwornie silnego uścisku wysysającego cała energię, która jeszcze mu pozostała.

Koniec? Nie, jeszcze chwila ulgi. Ktoś z drużyny zaatakował tak, że rudowłosy wampir musiał skorzystać z obydwu rąk, przynajmniej w pewnym zakresie, bo nagle zdjął chwyt z szyi pozwalając porucznikowi wprowadzić nieco powietrza do obolałej piersi. Lecz nie wypuszczał go. Nie. Podniósł nieco wyżej Stephena odpierając czyjś atak i to był moment. Porucznik czuł, bał się, ze teraz go ostatecznie załatwi i nikt nie zdąży mu przyjść z pomocą.



Desperacja! Szok! Uścisk! Ucho! Pieprzyć! Kiedy miotana na wszystkie strony głowa porucznika przypadkiem znalazła się w pobliżu ucha wampira rzucił się zaskakując swego prześladowcę. Pieprzyć, ze brudne. Gryzł jego ucho zatapiają się w nie jak najsilniej potrafił.

- WUAHR! – Ryk wampira pogryzionego przez chwilę przytłumił zgiełk starcia. Atakowali go, a jego ucha przyczepiony był zbędny człowiek, człowiek, który zadawał mu ból, może największy, jakiego doznał od lat. Potężne uderzenie niemal pozbawiło Stephena przytomności, lecz nie spowodowało, że rozluźnił uścisk. Poleciał. Kolejny raz podczas tej walki. Leciał w stronę najbliższej ściany mając w ustach krwawy strzęp wampirzego ucha. Krew! Krew! Paląca czerwień wypełniła mu usta, a on nie miał siły jej wypluć. Powoli mdlał przełykając coś potwornie ostrego, niczym najgorsza przyprawa, tylko jeszcze bardziej, strasznego, co powodowało, ze nagle przestawał być sobą. Jakby ten jeden, wykonany pod wpływem paroksyzmu bólu, łyk zmienił całkowicie jego postrzeganie. Jeden łyk.

Błysk lotu minął. Litościwa ściana przyjęła zmaltretowane ciało porucznika. Półprzytomny czuł, chociaż bardziej słyszał, jakiś trzask w uderzonej nodze, która pierwsza trafiła ścianę. Potem poleciał na dół waląc się na podłogę. Położona pod niezwykłym kątem noga, puchnąc w oczach zdradzały wszystko. Dziękował losowi, ze jest na tyle nietomny, że nie czuje takiego bólu, jak działoby się to normalnie podczas złamania. Chciał leżeć. Chciał, ale nie mógł. Okrutny głos, słodki, lecz zimny niczym stalowe ostrze miecza mówił mu:
- Wstań! Wstań głupcze! Idź! Zaatakuj ją! Rozumiesz! – Każdy wyraz krzyczał w nim niczym rozkaz. Wołanie, któremu nie sposób się oprzeć, choć chciał, tak bardzo chciał. Jednak ono robiło z niego lalkę. Nie mógł odmówić, choć próbował krzyknąć: NIE! Wył więc niczym zgłodniały pies. Boleśnie, jednocześnie zaś cicho, bo nie miał siły podnieść głosu. Stał na zdrowej nodze, stanął na drugą. Specjalnie, bo nie miał siły sie oprzeć, ale jeszcze mógł spowolnić marsz. Upadł rażony piorunem bólu. Głos jednak kazał mu iść, iść dalej. Wiec szedł, na czworakach, przewracając się, próbując krzyczeć, z twarzą skąpaną w krwi i łzach, pełzł w kierunku Altari wpatrując się w nią zbolałym wzrokiem.
 

Ostatnio edytowane przez Kelly : 03-06-2008 o 11:11.
Kelly jest teraz online