Azyl
„Przybytek Pieśni”
-
Fialar? - szepnął gnom pytająco w pustkę.
Ślepiec oddychał cicho, rwanie i płytko. Bolesny ucisk żeber wiele mówił o sile potwora, w którego zmienił się
Magyar. Ale
Learion nawet tego nie czuł. Nie teraz.
-
Fialar? - rzucił głośniej, czując potworny, potworny skręt wnętrzności. Strach związywał mu żołądek na supeł, wspomnienia podsuwały obraz kruchego ciałka kota, zaś wyobraźnia snując coraz to gorsze wizje powoli doprowadzała swego właściciela do stanu ciężkiej paniki.
-
FIALAR!!?
Natłok myśli, wspomnień sparaliżował gnoma. Należało pójść z tamtymi, do tej całej Loży. Należało rzucić się do schodów, odciągając konstrukt. Należało nie zostawać z
Magyarem sam na sam, nie pozwalać na jakiekolwiek spełnienie się wyśnionej wizji. Należało pozwolić kotu odejść nie prosząc by był niedaleko, wtedy nic by mu się nie stało. Należało uciec po zobaczeniu golema Sominusa. Należało...
Należało coś zrobić. Wtedy, gdy ograniczało go ochronne pole, nie mógł zrobić nic. Natężał mięśnie, ale nie mógł się nawet poruszyć. Nie mógł... właściwie nic nie mógł. Znowu był balastem. Niczym więcej.
Trzeźwa część umysłu gnoma zdziwiona była, że te epokowe, a przede wszystkim głośne wydarzenia nie zwabiły tu jeszcze tłumów, albo chociaż zaniepokojonego o całość pokoju gospodarza. Tylko część. Zresztą, przypomniawszy sobie wirtuoza
Learion sądził, że może sobie dopowiedzieć co się teraz dzieje. Niewielki obrazek przemknął gnomowi przez głowę, obrazek na którym brodaty krasnolud wylewnie żegnał wirtuoza, zapraszał go ponownie a przy okazji płacenia targował się jeszcze o wcześniej umyśloną zniżkę, lub by po prostu uszczknąć coś jeszcze czy dla samej przyjemności z targowania się.
Zajęło mu dojście do tego wniosku może sekundę. Tak naprawdę w końcu interesowało go co innego. Macając panicznie rękoma wokół siebie szukał... bojąc się, że znajdzie. Że poczuje zakrwawione, nieruchome ciałko niewielkiego zwierzątka. Trafiwszy na wilgoć zamarł. Powoli, bardzo powoli zbliżył wilgotną rękę do nosa. Wciągnął powietrze, czując dziwną pustkę w głowie i ssanie w żołądku.
Jakiś trunek. Zapewne z jednego ze zniszczonych stołów. Gnom bez sił opadł na podłogę. Serce biło mu tak, jakby chciało wyrwać się z piersi. Strach o przyjaciela i powiernika, jaki przyspieszył mu serce, a potem ulga, choćby nawet chwilowa, spowodowały że spocił się jak mysz, i nie umiał wykrztusić słowa. Nie umiał się nawet ruszyć. Sama myśl, że może mieć rację, że może szukać nie bezpodstawnie, paraliżowała go.
-
Już... sobie poszedł? Learion aż krzyknął podskakując na ten głos.
Żywiec!
Żywiec i
Trykk, całkowicie zapomniani powoli dochodzili do siebie.
"
Na pewno jest cały. Na pewno. Pewnie uciekł i śledzi półczarta, albo... tak! Tak, to on go odciągnął! Tak, to na pewno tak było! Skąd inaczej ten portal? Haha... A ja się głupi martwiłem..."
Kłamstwo z każdą chwilą brzmiało lepiej. Z każdym oddechem. Teraz należało się czymś szybko zająć. Szybko. I pozwolić się kłamstwu wzmocnić.
-
Żywiec, Trykk - caliście? Gdzie Airuinath? Czarodziejko? Widzicie ją?
Gnom mówił ze sztucznym ożywieniem, gorączkowo wręcz, powoli też powstawał, ale nie ruszał się jeszcze ze swego miejsca.
-
Trykk, ten numer z uderzeniem, to było wspaniałe. Rewelacja, po prostu. Żywiec, dzięki za odwrócenie uwagi. Następnym razem jeden z Was niech spróbuje złapać na moment za nogi, odlecieć, a drugi niech wali w maskę. Wydaje się jedynym słabym punktem tego konstruktu. Airuinath? Nie słyszę jej, coś się jej stało? Możecie mnie do niej doprowadzić? Mój pomysł poszukania minstreli jednak był wcale sensowny. Znajdą nas? Co z tego, że nas tam znajdą? W tłumie łatwo się skryć, łatwo też i uciec, a poza tym... Przecież i tak nas znaleźli...
Przez moment
Aylinn nie mógł mówić. Kolczasta gula spowodowała, że mógł tylko przełykać, coś bardzo gorzkiego i słonego w smaku. Kaszlnął, raz, drugi. Wspomniał cios półczarta... Dotąd zakładał, że kobiecie nic nie jest, poza może utratą przytomności, ale teraz nie był już taki pewien.
Któryś z ożywionych przedmiotów odezwał się cicho i gnom natychmiast ruszył w jego stronę, przyklękając przy czarodziejce, potykając się niezdarnie na gruzowisku, obijając sobie kostki i kolana. Począł delikatnie swoimi długimi palcami dotykać głowy kobiety, szukając ewentualnych ran, lub pęknięć. Znalazł jedynie solidnego guza, którego naciśnięcie wyrwało jęk z ust badanej. Gnom odetchnął z ulgą.
"
Powinienem coś spróbować zrobić" - myślał ponuro - "
na przykład uciekać."
Rozsądek podpowiadał, że nawet jeśli on sam jest zwinny i szybki, to nadal jest śmiertelnikiem. Konstrukt jest cholernie silny, wytrzymały i nie jest żywą istotą. Nie odczuwa bólu, nie męczy się, nie oddycha, nie zasapie się po długim biegu. Śmiertelnik może biec przez jakiś czas, koziołkować, robić salta i wiele rozmaitych rzeczy, ale prędzej, czy później się zmęczy. Konstrukt natomiast jest ożywioną magicznie rzeczą, której uczucie zmęczenia jest całkowicie obce. Z tego samego powodu gnom odrzucił pomysł rzutu nożem w 'oko'. Równie dobrze mógłby rzucać do drzewa czy słupa lub posągu. Wedle wiedzy gnoma większość konstruktów nie posiadała żadnej inteligencji i dosłownie wykonywała otrzymane rozkazy, tak naprawdę nie zważając przy tym prawie na nic. Podążały za swoim celem bez przerwy, bez wytchnienia, aż w końcu znajdowały go, zwykle wycieńczonego długą ucieczką.
-
Pytanie tylko, kto był jego celem? - spokojnie zapytał samego siebie gnom. To była zagadka.
Learion od dziecka uwielbiał zagadki i ich rozwiązywanie. Roztrząsanie problemów z każdej strony, wyjaśnianie niewyjaśnionego, odkrywanie tajemnic czy sekretów. Nawet teraz, sprowadzenie tego na znany grunt trochę pomogło. Do momentu.
-
Celem... przecież nie ja. Mnie zostawił. Czyli...
Gnom szybkim ruchem otarł niepotrzebne łzy. Nie chciały przestać płynąć. Sztucznie ożywionym głosem rzekł:
-
No tak, celem był Fialar. Dlatego... - musiał odchrząknąć, nim mógł kontynuować. Nawet odchrząknięcie nie pomogło. Postanowił więc w międzyczasie spróbować lepiej ułożyć czarodziejkę, wpierw sprawdzając jej barki, puls i ostrożnie sprawdzając jak jest ułożona obecnie. Za nic nie chciałby układając ją lepiej pogorszyć jakiegoś złamania czy rany, więc delikatnie, choć szybko obrysowywał dłońmi jej boki, plecy, sprawdzał ułożenie rąk i nóg. Nie znalazłszy żadnych złamań czy ran począł układać ją lepiej, składając jej głowę na swoje kolana, czy przesuwając ją z fragmentów rozwalonego wskutek jej upadku krzesła. To pomogło mu się opanować.
-
Dlatego Fialar go odciągnął. Zorientował się. Zorientował się, że nie ma co czekać na kolegia. Musiały albo patrzeć gdzieś indziej... albo nie widzieć.
Zresztą, pojawienie się tu wcześniej golema Sominusa też przeszło niezauważone. To więc oznaczałoby, że konstrukty są traktowane jak każde inne istoty w Azylu. Czyli wizyta złotego potwora wciąż wchodziła w grę...
Na samą myśl
Learion poczuł zimny pot na plecach. Był sam, z nieprzytomną kobietą której nie mógł zostawić, a jego wierny towarzysz...
-
Ściga się z drugim konstruktem na jakimś innym planie - dokończył forsownie na głos. -
W dodatku jak to mówił Croise, wrócą tutaj. A tu już nie jest bezpiecznie. Te całe maski nie są bezpieczne. Cokolwiek się stało, maska czarta za pierwszym razem wyprodukowała bezcielesne coś. Za drugim - koszmar z piekła rodem. Ile razy Airuinath zakładała swoją maskę? Ile razy czynili to pozostali? Raz przy wejściu tutaj. Potem? Harpo swoją zdjął raz. Elf? Tak. Pamiętam. Przekształcał się w drowa. - Gnom był w takim szoku, że nie zdawał sobie sprawy z tego, że mówi na głos. Że mówiąc co mówi ujawnia wszystkim słuchającym (nie to, że było ich wielu) że potrafi widzieć. Nawet jednak gdyby zdał sobie z tego sprawę, jego zachowanie niewiele by się teraz różniło. Milczenie powodowało, że myśli dryfowały w inne, niechciane strony. Strony, które groziły złamaniem się, zwinięciem się w kłębek i zwierzęcym wyciem straty.
-
Sae - mała dziewczynka, dwa razy jak dotąd, Elf dwa razy, Airuinath, raz próbując, raz powstrzymując Magyara... Bez sensu. Tu nie ma klucza. Wszystkie maski poza jedną działają... Nie, zaraz. Ja nie założyłem jak dotąd nawet raz, Croise też nie... chyba, Valquar na pewno nie, Magyar założył dwa razy, drugi był pechowy... Szlag. Też do bani. Czy więc chodzi o inne osobowości? Nie! Na pewnie nie! Po pierwsze, osobowości nie powinny móc czegokolwiek zdominować, po drugie... - głos gnoma zaczął drżeć, a łzy, wcześniej już wysychające poczęły płynąć znowu -
tym razem przemiana była inna... bolesna... i ten... smolisty dym... Dlaczego on miał różne formy? Głupi! Głupi! Głupi! Przestań, cholera, ryczeć! Czemu Ty ryczysz!
Zaciskając zęby i kuląc się, gnom płakał bezgłośnie, starając się nie obudzić czarodziejki, i cicho, z bólem szeptał jedno słowo.
-
Fialar...