| Noc była dzisiaj piękna i spokojna, na niebie było tylko kilka obłoków, a księżyc świecił pięknie swym blaskiem. Za kilka dni miała wypadać pełnia. Lampa oliwna, stojąca na stoliku, już dawno się wypaliła i pomieszczenie oświetlały tylko promienie księżyca, wpadające przez okno do pokoju. Angarad siedział na łóżku i wpatrywał się w puste miejsce, na środku pomieszczenia. Nie mógł zasnąć dzisiejszej nocy, w głowie dzwoniło nadal echo, wypowiedzeniach słów starej wiedźmy, z lasów nie opodal Altdoru. …sława… sława… sława….
Pokój nie był zadowalający, jednak lepsze to niż nic, za takie marne pieniądze, czego mógł się spodziewać, pałacowej komnaty?... Wstał, podszedł do stolika, po drugiej stronie pomieszczenia, nalał sobie trochę wina, do kubka i wypił jednym haustem. Nie był to jakieś wytworne wino, ale dało się pić, młodemu wojownikowi, z nie malutkiej wioski, nie przeszkadzało to, jego głowę zaprzątały inne pytania… Podszedł do okna, otworzył je i wpuścił trochę świeżego powietrza. Miasto było cudowne, najpiękniejsze jakie dotychczas widział, choć musiał przyznać, że nie wiele takich zwiedził, po opuszczeniu rodzinnej wioski. Na horyzoncie widniała wielka biała wieża, sięgająca prawie do nieba. Wojownik oparł się rękami o parapet i spojrzał w niebo, uwielbiał oglądać je nocą, te wszystkie migające światła na czarnym tle, zwane gwiazdami. W jego wiosce powiadali, że to dusze wielkich wojowników, nagrodzone przez wielkiego Taala, za swą odwagę. Marzył, o tym żeby, dostąpić takiego zaszczytu… I samemu znaleźć się wśród innych na nieboskłonie. Hahnrei jego ulubiona, świeciła tej nocy bardzo jasno… Nocną ciszę zagłuszył, nagle hałas patrolu strażników, ubranych w zbroje płytowe… W głowie zadźwięczał nowy szept…. Veron… Kapitan straży….
__________________ Wolałbym żyć życiem krótkim, ale w chwale, niż długim, ale w zapomnieniu... bo ulubieńcy bogów umierają młodo, lecz później, żyją wiecznie w ich towarzystwie... |