| Wypadek z jeńcem sprawił, że Matylda pozieleniała i zrobiło jej się słabo. Wpatrywała się szeroko otwartymi oczyma w wykrzywioną twarz przypominającą teraz maskę, wybałuszone gałki, pianę toczoną z ust. Trwała tak kilkanaście uderzeń serca, w geście przerażenia, z krzykiem uwiązanym w gardle, z dłonią zastygłą w połowie ruchu by zakryć twarz, nie widzieć. Gdy poczuła, że robi jej się niedobrze, zerwała się i pobiegła w zarośla. Odbiegła na tyle daleko, aby nikt nie mógł jej dostrzec. Gdy torsje przeszły, dziewczyna upadła na kolana i zaszlochała głośno. Nie mogła już tego wszystkiego znieść, nie mogła już na to patrzeć! Jakże bardzo pragnęła stąd uciec, zostawić to wszystko i biec, biec, biec... ale dokąd? Co miałaby dalej robić, gdzie się udać? Wszystko już było stracone. A śmierć była już tylko o krok za nimi... Matylda wróciła na miejsce obozowiska, szara i zgaszona. Wyglądała już tylko jak cień tamtej dziewczyny, która w Londynie pozwoliła się wmieszać w te igraszki z losem. Pozwoliła wydać się na pewną śmierć. Jedna myśl nie dawała jej spokoju. Czy pani Lajolais wiedziała? Czy świadomie kazała jej wyruszyć zamiast siebie, bo doskonale wiedziała, że ta wyprawa to wyrok śmierci? Nie mogła w to uwierzyć, a jednak... Jednak wszystko wskazuje właśnie na to. Czy na tym świecie nie ma już uczciwych, honorowych i szlachetnych ludzi?
Bez słowa zebrała swoje rzeczy, wsiadła na konia i ruszyła na rozkaz Fitzpatricka. Czasem próbowała złowić wzrok generała Wymierskiego. Trzymała się blisko niego i dałaby wszystko, żeby wiedzieć co teraz myśli, co zamierza dalej zrobić i co kierowało jego postępowaniem. Co teraz będzie?
__________________ – Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. T. Pratchett Czarodzicielstwo |