| James otworzył oczy i rozejrzał się dokoła. Sen był paskudny... I tak realistyczny, ze aż dziw brał, że polana nie była zasłana trupami. W dodatku było widać, że nie tylko on miał takie koszmary. - Tego, co mi się przyśniło nie nazwałbym deja vu - zwrócił się do Santiago. Głos miał dość pewny, ale i tak można było dostrzec, że jest poruszony. - Ale bez wątpienia było w tym coś ciekawego... W moim śnie wszyscy się pozabijaliśmy...
Po wyrazie twarzy pozostałych członków wyprawy łatwo było zauważyć, że ich sny były bardzo podobne...
Spojrzał na Abrahima.
- Masz rację. Wiadomo już, jak się skończy, gdy zaczniemy bezsensowne spory. Wiemy zatem, czego unikać. Podobno naszym wrogiem ma być Chaos, a nie my nawzajem...
Przeciągnął się i powiedział:
- Ja mogę wziąć dzisiaj najgorszą wartę, przedostatnią.
Nie komentował faktu, że przy tylu osobach dwie godziny to za dużo. Najwyżej ktoś sobie odpocznie.
- Tylko nie zapomnijcie mnie obudzić - zażartował.
Zjadł kolację, a potem zaczął szykować sobie posłanie. Miał nadzieję, że nawet jeśli coś mu się będzie śniło to nie będzie to taki koszmar... |