Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 03-13-2008, 19:30   #88
Marchosias
 
$: 0


Poziom Ostrzeżenia: (0%)
Leonard, jak gdyby nigdy nic, wstał i rozejrzał się po swoich towarzyszach niedoli. Coś nimi wstrząsnęło, nawet Gilesem.
*Co z nimi jest? Jacyś dziwni...*

Gadali coś o śnie, o zrobieniu kolejnej porcji ziół, aż wreszcie Giles opowiedział historię swojego nudnego życia. Jakby każde życie było nudne.
Gdy zaczął mówić dalej, Leonard wstał i poszedł w stronę lasu, gdzie ścinał ostatnio drzewka. Nie miał zamiaru słuchać pyszałkowatego szlachcica, wolał uniknąć kolejnej zwady, która zapewne by powstała po kolejnym wywyższaniu się rycerza.

*Pani Jeziora... Zawsze czciliśmy Panią Jeziora, ale jakoś nigdy nie widziałem jej objawów w moim miasteczku... Tamtego rycerza nie broniła, dlaczego miałaby bronić Gilesa? Na Khorne'a! Co za bzdury! Wszyscy bogowie, ześlijcie na mnie swój gniew, jeśli istniejecie! Popiół, dym, zarazę, błyskawicę!*
Wyraźnie zadowolony, zaczął jakby tańczyć, z uniesionymi rękoma ku niebu, śmiejąc się przy tym radośnie.
*Powodzią mnie zmiećcie! Gruzem przysypcie! Co za bzdury, zabobony!*

Był dokładnie w tym miejscu, gdzie ścinał drwa na opał. Lubił to robić, rąbanie drewna było niemal formą rozrywki.
Wszystko było na swoim miejscu, drzewa pościnane, zaś śmiesznego, zarazem jakże przerażającego ludzika nie było widać ani słychać.
Usiadł na trawie i rozejrzał się. Miecz nie przy pasie, tarcza nie na plecach, poczuł niezwykłą lekkość, spowodowaną brakiem kolczugi.
Jaka by noc nie była, odprężał się. Położył się na ziemi, po czym zaczął wsłuchiwać w śpiew świerszczy.
 
  Odpowiedź z Cytowaniem