| Kiedy Santiego podszedł do leżącego Leonarda, ten spojrzał nań, usiadł i rozejrzał się, czy przypadkiem nikt z nim nie przyszedł. Nie wyglądało na to, był sam i trzymał w ręku ten okropny wywar z elfickich ziół. -Nie jestem szlachcicem, tylko mieszczaninem... - zadumał się na chwilę, robiąc przy tym poważną minę - Teraz chyba nie jestem nawet mieszczaninem.
Wziął napój od Santiego i wylał go na ziemię -Nie - przyłożył palec do ust Santiego - Nie będę tego pił. Ta noc należy do mnie, rozejrzyj się - gładkim ruchem objął otoczenie - Jedna z tych chwil, kiedy mogę wreszcie się rozkoszować blaskiem księżyca, rankiem powąchać rosy na liściach.
Znów się położył na ziemi, zakładając nogę na nogę. -Powiedz im, że wypiłem wywar, unikniemy zbędnych konfliktów.
Zamknął oczy, jakby szykował się do snu. Otworzył je jednak i dodał -Ty nie jesteś szlachcicem? |