| Leonard z uśmiechem przyjął kufel od Santiego i zaczerpnął z niego duży łyki. *Co za świństwo...*
Wysłuchał opowieści Estalijczyka, po czym oddał mu pojemnik. -Nie dla mnie takie rzeczy, wolę... - zastanawiał się, czy warto mówić o takich rzeczach, to jakby kopać pod samym sobą dół – Jak to widzisz? Chcesz mierzyć się z, jak domniemam, szlachcicem? Na jego trenie?
Constantine wybuchnął śmiechem -Widzę, że nie tylko ja tu jestem szalony! -Robi się już ciemno, a pogoda nie zdaje się być przychylną – spojrzał w niebo – Wracajmy do obozu – wstał, otrzepując się z ziemi i liści, które osiadły na jego ubraniu – Podeprzyj mnie, będę udawał, że wziąłem ten nektar boskich elfów.
W obozie nie działo się nic interesującego, nie z perspektywy Leonarda. Widać było tylko kontury zarysowane czerwienią ognia. |