| | Leonard czuł się świetnie, wprost rozpierała go energia. Pomimo niezbyt długiego snu oraz koszmaru, który go nawiedził, było wspaniale.
Może dziwne się wydawał fakt ten, ale dlań nie było problemu spać w takich warunkach.
W zasadzie, to sypiał tak całe życie, odkąd opuścił rodzinny dom.
Sen był ten sam, jak niemal każdej nocy. Skrawki jego wkradały się do każdej jaźni, co z obojętnieniem było przyjmowane przez umysł szalonego Constantine'a.
Spadający z konia rycerz. Płacz. Zawalenie ścian domu.
Kiedyś przerażało go to, teraz strach został zastąpiony... niczym.
Zmienił się przez lata wygnania, na które sam się skazał. Zmienił się do tego stopnia, że nie był już tym samym człowiekiem, co dawniej.
Sam się sobie dziwił, że tak długo udało mu się przeżyć, zawsze wyprzedzał kłopoty.
Można powiedzieć, że miał szczęście, ale czy nie mawia się, że głupi zawsze ma szczęście?
Była jednak jedna rzecz, która wciąż wzbudzała smutek. Był to tak odległy dom, z którego musiał uciekać.
O ironio! Jakoby uciekać miał przed szlachtą owego rycerza? Gdzieżby! Musiał uciekać przed swoimi, tymi, których uważał za niemal drugą rodzinę.
To nauczyło go dystansu, trzymał go zawsze i wszędzie. Była to chyba jedyna rzecz, której nie sprzedałby za żadne skarby.
Zaufanie budować się zwykło latami, tracić chwilą, nie chciał znów przeżywać tego samego.
Zaraz po śnie i chwili refleksji minionych lat, Leonarda naszła potrzeba wydalenia zbędnych kalorii.
Gdy zgrabnie wykonywał potrzebne mu na tą chwilę czynności, zauważył krzaki owocowe.
Mieniły się zaraz przed jego oczyma, obnażając bujną feerię owocowych barw.
Kiedy skończył, już miał po nie wyciągnąć ręce, już miał narwać i sponiewierać w ustach, gdy nagle dostrzegł gapiącego się nań wilka.
Nie dość, że widok nieprzyjemny, to jeszcze dziwniejszy był fakt, że kulawy zwierz mógł obserwować całą grupę jednocześnie.
Lustrując swoimi ślepiami, nie zrywał wzroku z Leonarda. *Cholerny las, przeklęty musi być... Chociaż to nie byłoby takie dziwne, zważywszy na fakt, że jama krasnoluda została zaatakowana przez jakieś mroczne konszachty...*
Porzucając myśl o skorumpowanych owocach chaosu, skierował kroki z powrotem do obozu. Tam czekało już pożywienie, przygotowane przez Araba. *Czy oni nie mogą jeść normalnego żarcia? Pieczeń z jakiegoś zwierza to wystarczające, by zaspokoić głód, ale najwyraźniej nie takich wysoko urodzonych smakoszy...*
Leonard pokornie zjadł, robił to jednak powoli, wpatrując się w każdy kawałek gulaszu. Przez chwilę wydawało mu się, że i ten na niego patrzy, jednak zamieszanie drewnianą łyżką wystarczyła, by rozmyć te obawy. -Dobry posiłek, zaiste -wysławiając się niemal jak rodowity szlachcic, w końcu akcent bretoński jeszcze namiastkami pozostał w jego wymowie - Wielki z Ciebie kuchta, podziwiam.
Wtedy odezwał się krasnolud,, który najwyraźniej miał coś ważnego do przekazania zebranym - Moi drodzy, wczoraj doszło do przyrzeczenia, jednakże nie każdy z was odpowiedział a ja przytłoczony emocjami i bajecznymi wizjami bitew krasnoludzkim oraz ilością piwa poszedłem spać. Słowa powtórzę tak jak pamiętam: Niechaj pokój i zgoda nastaną w naszym kręgu a ogień i ten amulet będą świadkami znaku przysięgi. Przysięgnijcie że nic złego nie wypłynie z waszego serca a nasza drużyna uratuje mój dom.
Niedługo trzeba było czekać na odpowiedź Leonarda, wyraźnie niezadowolonego ze słów Garnira -Ja, jakem Leonard Constantine - mówił głośno - Rodowity Bretończyk, ogłaszam wszem i wobec, że nic za darmo nie będę dawał, ni odbierał.
Nachylił się do Garnira, jednak w miarę rozsądnie, by w razie czego, nie dostać w pysk -Jestem najemnikiem i nic co robić będę, nie zagrozi ani Tobie, ani innym, dopóki nie dostanę za to sowitej zapłaty. Wiedz jednak, że samobójcą nie jestem i nie będę mordował własnych kompanów, gdy elfowie nagrodę obiecali i gdy może się to skończyć dla mnie rychłą śmiercią.
Kończąc swoją wypowiedź, skierował się w stronę wozu, co by oporządzić siebie do dalszej drogi.
Przyodział kolczugę, zapiął pas z pochwą, drugi na tarczę oraz kołczan, załadowawszy go wpierw bełtami i wtedy doznał olśnienia, które czekało na wozie od tak dawna.
Miecz, którego klinga mieniła się w promieniach słońca. Gdy obnażył ostrze, zobaczył piękno sztuki kowalskiej.
Wykonany z precyzją, niemal identyczny jak ten, który od kilku lat nosił przy pasie.
To ostrze zdawało się nawoływać, by posiadł je, w służbie następnych lat. Pasowało idealnie do starej pochwy.
Swój miecz wyjął i zastąpił nim nowy, nieskalany jeszcze przez piętno walki. Był taki, jak Leonard uwielbiał. Prosty i solidny.
Teraz pozostało jeszcze tylko poczekać na Gilesa oraz Josepha, a ponieważ czekanie nie było cechą rodową Constanine'ów, zeskoczył z wozu i podszedł do Santiego, jedynego w tej bandzie, którego uważał za normalnego. -Ojciec zawsze powtarzał, pamiętam to tak, jakby powiedział wczoraj, kuj żelazo, póki gorące.
Jakkolwiek te słowa miałyby się odnosić do czegokolwiek, Leonard się uśmiechnął i powiedział
-Może wykorzystamy czas, który mamy do powrotu zwiadu i poćwiczymy?
Odskoczył w tył i wyjął miecz, po czym skierował go w stronę Estalijczyka i zrobił ostrzem małe kółko -Engard, jak to się chyba mawia w waszych stronach. |