Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 03-22-2008, 14:43   #35
Lio
 
Reputacja: 1 Lio wkrótce będzie znany
$: 15 400
- Mos słuchaj, coś jest nie tak. - Keiko wyraźnie przejętym głosem zwróciła się do Travisa, ani na moment nie spuściła wzroku z fiolki, którą właśnie trzymała w dłoni.
- Nie interesują mnie Twoje zabaweczki, skończ robotę i wracamy skopać parę tyłków.
- Zamknij się pajacu, ta woda jest całkowicie czysta, w życiu czegoś takiego nie widziałam.

Na twarzy Nowojorczyka pojawiło się napięcie, zdjął czapeczkę lekko się nią wachlując i potarł skórę na swojej ogolonej głowie. Podszedł do pracującej przyjaciółki po czym kucnął w odległości jakiegoś metra od niej. Jego wzrok nerwowo przeskakiwał między jej zgrabną sylwetką i niewielkiemu zbiornikowi wodnemu, który stał się obiektem zainteresowań młodej Azjatki.
W pewnym momencie niemalże w połowie drogi, która dzieliła towarzyszy, pojawiła się strzała. Desert Eagle, który do tej pory spoczywał w kieszeni Travisa, wyskoczył jak na zawołanie celując w miejsce, z którego nadleciał pocisk. Napotkał na swojej drodze cztery osoby. Byli to Indianie, wyglądali dokładnie tak samo jak w jednej z ilustrowanych książek, które jeszcze jako chłopiec przeglądał w wolnym czasie.

- To święta ziemia. - głos jednego z czerwonoskórych przerwał dość nerwową ciszę.
- A to Desert Eagle, trzymany przez wściekłego czarnucha, wskakuj na swojego słonia i spieprzaj. - już miał naciskać na spust, kiedy poczuł intensywny ból, promieniujący z szyi, a z jego mięśni odpłynęła siła. Ostatnim co poczuł był smak piasku.

***

Obudziły go promienie słoneczne, które sprawiły, że skóra na jego ciele zaczęła piec i jakby się kurczyć. Usta wyschły do tego stopnia, że wolał nie próbować krzyczeć w obawie o utratę skóry z warg, która i tak była już cholernie popękana.
W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że nie czuje okularów. Przez chwilę jego serce zaczęło walić jak młot, spokój przyszedł jednak bardzo szybko, a powieki Travisa nie podniosły się ani na milimetr.

- Będziesz walczył. - łatwo było odgadnąć, że głos należał do jakiegoś starego człowieka, był chwiejny, a każde słowo wypowiadane było powoli i cicho.
- Co Ty pierdolisz? - nie dawał się ponieść emocjom, ale dobrze było chociaż to grać. W końcu takiej reakcji się spodziewali, a właściwie to jeden pies ich wie, w końcu to ludzie pustyni, wszystkie szablony zachowań poszły w pizdu.
- Ty i Twoja towarzyszka zbezcześciliście święte źródło mego ludu, tylko poprzez walkę możecie zmyć z siebie tą zbrodnie.

Wolał milczeć, nie musiał zresztą czekać długo. Poczuł, że ktoś pozbywa się liny, która do tej pory krępowała jego dłonie i podnosi go, stawiając na równych nogach. Kiedy odzyskał równowagę, a mięśnie zdrętwiałe od siedzenia w niewygodnej pozycji dały o sobie znać, do jego uszu doszły krzyki Indian i wrzaski Keiko, która wołała jego imię.

Jego oczy pozostawały cały czas zamknięte, nawet kiedy otrzymał pierwsze uderzenie, które spadło nieco ponad jego prawym uchem. Fakt, cios nie był zbyt precyzyjny, ale jego autor posiadał pięść, rozmiarami dorównującymi bochenkowi chleba, więc w głowie Travisa zaszumiało jak po obaleniu butelki bimbru. Zaczął się cofać, nie mogąc liczyć na wzrok, ani słuch, bo ruchy przeciwnika zagłuszały pokrzykiwania czerwonych, pozostało mu tylko proszenie o cud. Kolejny cios doszedł celu, tym razem poczuł jak skóra na jego skroni pęka, a krew gęstym strumieniem ścieka po twarzy. Jeśli o coś można się martwić w trakcie walki to uderzenie w skroń albo nos, cieknąca posoka, nie jest szczytem komfortu podczas okładania się pięściami.

- Dawaj szmato, tylko na to Cię stać?! - wrzasnął jednocześnie wyprowadzając uderzenie na oślep. Trafił, a jego twarz przyozdobił szeroki uśmiech, to musiała być parszywa morda tego olbrzyma, był tego pewien.

Milczący do tej pory przeciwnik wydał z siebie okrzyk, który był tak głośny, że Travis zaczął obawiać się o stan własnych bębenków. W tym momencie jego stopy straciły kontakt z podłożem, został podniesiony, a poziom adrenaliny Mosleya sięgnął szczytu.

***

- Zostawcie go! - wrzask Keiko nie był w stanie przedrzeć się przez okrzyki tubylców. Niemalże w tym samym momencie z przerażeniem ujrzała, że Travis wpadł przez ścianę z wątłych desek, do środka jakieś szopy. Przeciwnik ruszył w ślad za nim i obaj zniknęli z oczu gapiów, obie sylwetki przykrył cień, panujący w zrujnowanym budynku.

Nie minęła chwila, a rozległ się wrzask podobny do tego, który towarzyszył zderzeniu pięści Mosleya z twarzą Indianina, tym razem był jednak inny. W przeciwieństwie do poprzedniego nie był przepełniony złością, a raczej przerażeniem. Chwilę później ze zrujnowanego szałasu wygramolił się czarnoskóry mężczyzna zakrywający dłonią oczy i zataczający się jak człowiek po niezłej popijawie. Tłum zamarł, wszyscy z niedowierzaniem patrzyli na niespodziewanego zwycięzcę, który chwilę później padł na ziemię. Znowu ten pieprzony smak – zakotłowało w jego głowię, kiedy drugi raz tego pięknego dnia pocałował stertę śmierdzącego piachu.

***

Kolejne przebudzenie nie należało do najprzyjemniejszych, czuł, że najdelikatniejsze dotknięcie twarzy będzie dla niego oznaczało falę bólu, który był gorszy nawet od zimnego noża wbijającego się pod żebrami. Był bowiem znacznie bardziej wkurwiający niż jakikolwiek inny rodzaj tego cholernie niekomfortowego uczucia.

- Przeszliście próbę. – znajomy głos rozległ się w uszach Travisa. Tym razem znajdowali się w jakimś budynku, nie dało się poczuć tych samych promieni słonecznych, które wcześniej wyrwały go z błogiego snu. – Proszę, oto Twoje rzeczy. – w dłonie Mosleya ktoś włożył czapeczkę z daszkiem, kiedy sprawdził co jest w środku znalazł swoje okulary i broń. Z ulgą założył swoje szkiełka i pierwszy raz od tak dawna otworzył oczy. Siedział przed nim zgarbiony mężczyzna w bardzo podeszłym wieku, na sobie miał dziwną szatę i bogaty pióropusz.
- Gdyby ktoś powiedział mi dzisiaj rano, że zostanę bohaterem westernu, chyba wyrżnąłbym orła. – wybuchł śmiechem i pewnie śmiałby się tak do końca tego straconego dnia gdyby nie łokieć Keiko, który wbił się w jego ramię.
- Dowiedliście swojej odwagi, zdecydowałem, że możecie zabrać tyle wody z naszego źródła ile będziecie w stanie unieść, weźcie też to. – wypowiadając te słowa wyciągnął dziwną obręcz o średnicy około pięciu centymetrów i wręczył ją Keiko. – Słyszałem, że mój daleki kuzyn bierze udział w wyścigu, od którego drżą moje ziemie. Oddajcie mu ten przedmiot wraz z moim błogosławieństwem. Teraz ruszajcie, jeszcze długa droga przed wami.

***

Chwilę później mknęli już po pustyni.
- Mam ochotę rzucić to w cholerę i wracać do domu.
 
__________________
Może być sto postaw i ułożeń miecza, ale zwyciężasz tylko jedną.
- Yagyū Munenori
[L5K] Upadły Smok // [NS] Alcatraz
Lio jest offline