| Administrator | Matylda wdzięczna była generałowi za słowa otuchy, których tak bardzo potrzebowała. Postarała się nawet o uśmiech, który wypadł blado na zmęczonej twarzy dziewczyny. Nie znalazła jednak sił by podtrzymać rozmowę, tym bardziej, że warunki jazdy utrudniały wszelką komunikację.
Jednak słowa Wymierskiego zasiały pewne ziarno niepewności w jej młodym umyśle. Czy zdecydowała się na tą misję dla swojego kraju, dla swojej ojczyzny? Początkowo myślała, że tak. A teraz... Wszak póki śmierć nie zabrała jej braci w okrutnych bitwach nie myślała o polityce, o Napoleonie, o wolności i uciśnieniu. Dopóki bieda nie zajrzała jej głęboko w oczy kochała swój dom, swoją ojcowiznę. Ale czy myślała o miłości do Francji? Czy była to raczej miłość do skrawka ziemi, lasu, do domu, w którym została wychowana. Miłość do braci i matki. Czy nienawiść do Napoleona, który odebrał jej rodzinę, przez którego skończyło się jej beztroskie dzieciństwo, była powodowana pobudkami patriotycznymi? Czy chciała walczyć za wolność Francji, czy też kierowała się własną, egoistyczną naturą, chęcią ukarania tego, przez kogo zginęli jej bracia? W końcu - dlaczego zgodziła się tu wyruszyć? Pani Lajolais zaopiekowała się nią, dała jej dach nad głową i umożliwiła utrzymanie, za co Matylda serdecznie ją pokochała. I znowu nie były to pobudki bezinteresowne. Ta myśl niemal przygwoździła zagubioną dziewczynę - robiła wszystko z powodu własnego egoizmu, z powodu prywatnej nienawiści, ba! nawet tu wyruszyła, bo jej pierwszym pragnieniem było odnalezienie matki, a być może także ostatniego z braci. Tymczasem powinna być patriotką, oddać życie za Francję, walczyć w jej obronie! Jakże grzeszną i nikczemną duszę miała! Jakże bardzo musiała być wstrętną w oczach Boga!
Resztę drogi spędziła na żarliwej modlitwie, powtarzanej raz po raz, bez przerwy, niemal do utraty tchu. Dałaby wszystko za możliwość spowiedzi, za rozmowę z kimś, kto powie jej co powinna robić, jak odpokutować swoje winy. Wydawało się jednak, że jest już za późno. Że przyjdzie jej umrzeć z tak ciężkimi grzechami na sumieniu. A co gorsza - czeka ją piekło i potępienie, nigdy nie spotka już swych braci, których Bóg z pewnością trzyma po swej prawicy. Och, biada jej, biada!
Wreszcie udało im się dotrzeć do Sur Le Lagne. Miejsca przeznaczenia. Fitzpatrick zarządził, że ruszy tam tylko z panem Noiretem, co w głębi duszy szalenie ucieszyło dziewczynę. Nie dlatego, że bałaby się zrobić to, co wcześniej zaproponowała. A dlatego, że dłuższy czas będzie mogła pozostać z generałem Wymierskim i wreszcie porozmawiać szczerze z kimś, kto jest jej przychylny.
-Panno Le Blanc, panie Wymierski – pan Noiret skinął głową towarzyszom na pożegnanie – Mam nadzieje, że niedługo się spotkamy. - Niech Bóg ma Was w swojej opiece - powiedziała patrząc tylko na księdza - A Jego aniołowie osłaniają Was od wszelkiego złego. Będę się za Was modlić.
Dłuższą chwilę stali w milczeniu obserwując oddalających się jeźdźców. Gdy byli już daleko Matylda wbiła swój wzrok w generała szukając w jego obliczu odpowiedzi na nie zadane jeszcze pytania. Wreszcie odezwała się:
- Panie generale... Proszę nie zbywać mnie jak pan Fitzpatrick i potraktować poważnie. Dlaczego nie oddał mu pan listu? Nie wiem czy dobrze zrozumiałam jego treść, ale... grozi nam przecież śmiertelne niebezpieczeństwo! Lajolais miał nas wszystkich zabić! Tu gra toczy się chyba o coś więcej, niż naszą misję. Samobójczą misję! Niestety jesteśmy w to wciągnięci wszyscy. Może nie darzę szczerą sympatią Fitzpatricka, ale ten list to także wyrok śmierci na niego, na każdego z nas, więc niestety zdaje się stoimy po tej samej stronie barykady. Jeśli pan wie coś więcej, proszę mi powiedzieć. A może to ja źle odczytałam to pismo?
__________________ – Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. T. Pratchett Czarodzicielstwo |