„- Nowi? - Rozdarł się sierżant. - Z werbunku? Dawać papiery! Czego, kurwa, stoisz jeden z drugim? W miejscu marsz! Nie stać, kurwa! W lewo zwrot! Wróć, kurwa, w prawo! Biegiem marsz! Wróć, kurwa! Słuchać i zapamiętać! Najsampierw, kurwa, do prowiantmajstra! Pobrać rustunek! Kolczugę, skórznie, pikę, kurwa, hełm i kord! Potem na musztrę! Być gotowym do apelu, kurwa, o zmierzchu! Maaaarsz!”
"O! Znalazł się - rycerz chędożony! Trzy Lwy w tarczy! Dwa srają, trzeci warczy!"
Dziesiętnik zaczął kląć pod nosem po tym jak wdepnął w łajno, które się obficie przykleiło do jego buta. Ostatek sprzętu poprawiali już żołnierze Rodericka i można było wyruszać do Dol Blathanna. Rambert już miał iść do swego konia, gdy Feide wysunęła reklamacje co do swej roli na festynie.
- Panienka chyba żartuje. Trudno. W takim razie planem zajmie się niziołek. Panience przypisze skrzypce.
Dziesiętnik nie czekając na podziękowania podbiegł do trzeciego wozu, z którego właśnie wysypały się gwoździe i narzędzia. Cała ta farsa przygotowawcza minęła szybko i zgrabnie ustawiono rzędem wozy w kierunku bramy wyjazdowej. Żony i dzieci żegnały żołnierzy. Łzy smutku rozpoczynającej się tęsknoty zawitały na twarzach kobiet. Wojska było więcej niż mówił dziesiętnik. Znacznie więcej. Pierwsza kolumna dziesięciu zbrojnych dowodzona przez dziesiętnika Fabia z Vengenbergu zabłysnęła złoto – czerwono – czarną barwą liberii przylegających pasem zbroi. Żołnierze mają kolczugi z rękawami sięgające do kolan i na głowie lśniący kapalin.
Kapalin
Herb Aedrin
Metalowe tarcze z wymalowanym herbem Aedrin i miecze przy pasie. Płaszcze z herbem państwa zawirowały na lekkim wietrze. Za kolumną zbrojnych jeden po drugim ustawiły się wozy. W pierwszym załadowano sprzęt wojskowy i wyżywienie. Reszta wypełniona po brzegi materiałami do wystroju Festynu. Na ostatni wrzucono rzeczy osobiste Rodericka, Karli i kapłanki. Po bokach wozów ustawili się kusznicy pod dowództwem Ramberta Bratka. Przypadło po dwóch na jeden wóz. Po jednym na ścianę wozu. Za wozami wedle rozkazu ustawili się wszyscy konni cywile. Jedynie Dersitto i Brandis zajęli miejsca na wozach obok woźnicy. Niziołek na pierwszym. Krasnolud na drugim. Całą karawanę od tyłu zabezpieczał trzeci oddział. Kolumna dziesięciu zbrojnych z mieczami pod dowództwem Trumniarza. Nie różnili by się niczym od zbrojnych Fabia, gdyby nie to, że posiadali dodatkowo napierśniki płytowe. Brandis słyszał o tym typie. Niezłomny skurwiel. Wysyłany do najtrudniejszych zleceń przez samego Króla Demawenda. Jeśli tu jest to znaczy, że coś tu śmierci i to wcale nie gówno Bratka pod butem.
Dziesiętnik Fabio z Vengenbergu
Dziesiętnik Rambert Bratek
Dziesiętnik Trumniarz
Roderick, Bratek, Fabio i Trumniarz odbierali właśnie ostatnie wskazówki od mężczyzny niechybnie w służbie namiestnika.
Urzędnik spojrzał po wszystkich i wskazał palcem na wiedźmina, który na uboczu szykował wóz razem z chłopem z Dol Blathanna. Bratek wysłuchał co ma do powiedzenia urzędnik i ruszył w kierunku Beresa. Wiedźmin przywiązał konia z tyłu wozu, co by się po drodze nie męczył, skoro może jechać na koźle. Dziesiętnik stanął kilka kroków przed chłopem.
- Pojedziecie przed nami. Stary Jarre zna pewnie dobrze drogę. Pamiętajcie jednak, że jeśli ściągniecie na nas jakieś problemy w trakcie podróży, to odpowiecie za to. Karawana jest gotowa. Czekamy na was. – Po tych słowach Rambert szybko wrócił, nie dopuszczając wiedźmina do głosu.
Jarre wsiadł na prymitywny kozioł. Beres z oddali dostrzegł, że urzędnikiem, który gada z Roderickiem jest posłaniec namiestnika, którego już widział wcześniej u burmistrza. Co nie zmieniało faktu, że czas w drogę. Wsiadł na kozioł obok sołtysa Dali i ruszyli na trakt. Wyjechali jako pierwsi za bramę miasta. Zaraz za nimi ruszyła cała karawana.
* * *
Droga była spokojna. Słońce przyświecało ogrzewając miło. Wokół jedynie połacie pól uprawnych i małe zagajniki. Gdzie niegdzie gospodarstwa i chaty, które podlegały pod Aldersberg. Jaśmin od czasu do czasu umilił drogę jakąś balladą, naprędce złożoną. Roderick rozmawiał z kapłanką Lilien o religii, przez co część podróżnych poprawiła swoje zdanie na jego temat. Okazało się, że nie jest takim idiotą.
Chłopi kończyli tegoroczne prace, co dało się zauważyć po drodze. Zwozili ostatnie kopy siana. Orali pola i sprzątali sady przed zimą. To czasem jaka baba wyszła zobaczyć co tak wielu zbrojnych jedzie i pokłon złożyć przed rycerzem. To dzieci biegały po łąkach i żołnierzy wyzywały. Raz nawet kolumnę Fabia gównami zrzucały gnojki małe i Bratka pies z gospodarstwa gonił. Ten po łąkach uciekał jakby go stado bestii piekielnych goniło.
Droga wesoło ogólnie mijała. W końcu po południu w porze obiadowej karawana zatrzymała się na polanie w lesie. Wozy w koło ustawiono i ognisko rozpalono. Posypał się pytania kto do gotowania chętny. Na co Brandis się zgłosił mówiąc, że doświadczony w kuchni i szybko jaką strawę przygotuje. Ogień zapłonął żołnierze się rozsiedli przy wozach. Trawa niewielka to i nie przeszkadzała. Od strony lasu ptaszki śpiewały i wiatr cichą piosnkę przygrywał melodią natury. W powietrzu rozniósł się zapach zupy grzybowej i pieczonego na ogniu mięsa. Jeden z żołnierzy Fabia już szedł z miską i łapał chochlę…
- Aaaaaa… !! - Krzyk kapłanki rozległ się po całym lesie.
Strzała padła od strony lasu wprost z szyję żołdaka. Ten chlusnął zupą w powietrze i padł na wznak na ziemię. Miecze zalśniły w blasku słońca. Wszyscy poderwali się na nogi gotowi do walki. Oczy skierowały się w las i wszyscy zamarli. Na drzewach zauważyli bandytów i następnych wyłaniających się z krzaków. Wszyscy z naprężonymi łukami. Jeden z nich wyszedł do przodu.
Ściągnął łuk i nałożył strzałę. Jako jedyny miał odsłoniętą twarz. Reszta z kapturami na głowach i chustami na twarzach, dokładnie skrywała swoje oblicze. Trumniarz poderwał się i już miał wybiec do przodu, gdy strzała wbiła się przed jego nogi.
- Nie radzę. – Odezwał się herszt.
– Widzę, że nam się poszczęściło… Karawana i w dodatku posiłek przygotowali. – Zaczął się śmiać. Delikatny śmiech dało się słyszeć też zza jego pleców.
– Nie obawiajcie się. Nikomu nie stanie się krzywda. I tak mistrzem w tej dziedzinie jest przecież namiestnik. Prawda sir Rodericku? - Jak śmiesz ty… - Rycerz nie zdążył skończyć zdania.
- Milcz chmyzie! Pies ci mordę lizał i suka poprawiała. Szczekniesz jeszcze raz i nie pomogą ci twoi ochroniarze.