Cofnijmy się trochę wstecz:
Po tym, jak
Baker walnął jednego z „kałboi”, akcja rozwinęła się bardzo szybko. Wpierw
John chciał wkroczyć i załagodzić sytuację swoimi dyplomatycznymi zdolnościami, aczkolwiek niewiele to podziałało na tamtych baranów. Gdy „brat” dostał sierpowym, Malcolmem szarpnęło. Chłopak momentalnie odwrócił się w poszukiwaniu broni. Wypatrzył stojącą na stoliku szklaną butelkę po napoju, którą szybko chwycił i rozbił na głowie tego palanta, co walnął
Fieldstone’a.
Potem akcja nabrała jeszcze większego tempa.
Romeo zniknął gdzieś z oczu perkusisty, a dwójka napastników bezlitośnie atakowała swoimi pięściami. Wszystkie ciosy zatrzymywały się jednak, na silnym i szybkim bloku gladiatora. Mężczyźni cały czas atakowali bezskutecznie. Drummer jedynie cofał się pod naporem ciosów ludzi, do których dołączył trzeci koleś.
W końcu walczący przeszli tak nieopodal lady baru. Jak zwykle
Baker wytężył wszystkie zmysły szukając czegoś, czym mógłby zdrowo przywalić przeciwnikom. Jego wzrok padł na stojące nieopodal stalowe krzesełko. Teraz wystarczyło przeciągnąć walkę w tamtą stronę, i liczyć na swoje umiejętności. Cowboye atakowali bardzo chaotycznie. Uderzali pięściami w blok mężczyzny, starali się zaatakować go meblami stojącymi w knajpie i butelkami. Nie tylu przeciwników jednak pokonywał wojownik, który szybko zblokował nieco zaskakujący cios z lewej, a potem skontrował go, trafiając prawym prostym w zęby jednego z tych idiotów. Na pewno teraz koleś, który zaczął zwijać się z bólu, miał mały otwór w szczęce, gdyż jeden ząb wbił się w pięść
Malcolma, i tam już został. Szaleniec, w przypływie adrenaliny, nawet tego nie poczuł.
Facet trzymający twarz w zalanych krwią rękach, kuląc się odsłonił Indianina siedzącego na barowym krześle, i przyglądającego się całej akcji, ciągnąc przez słomkę
Coca – Colę. Czerwonoskóry nic mu nie zrobił. Te cztery naboje wygrał uczciwie, tak więc nie było powodu, żeby go lać. Pałker jednak ruszył szybko w jego stronę. Na twarzy poczciwego starca nie było widać strachu. Cały czas spokojnie wpatrywały się w otatułowanego mężczyznę, który bardzo szybko się zbliżał.
Baker błyskawicznym ruchem wyrwał napój z rąk staruszka, i przywalił mocną, szklaną butelką w łeb kolejnego napastnika. Wszędzie rozprysło się szkło, które poharatało walczących. Kolejne rany, tak jak i poprzednia, nie robiły na gladiatorze wrażenia. Mężczyzna machał tulipanem, z gracją wprawnego szermierza, szukając okazji do zlikwidowania ostatniego kolesia.
Ku jego zaskoczeniu, chłopiec od bydła szybkim gestem wyciągnął spluwę. Okropnie wielka lufa niemal dotykała czoła drummera. Ku zaskoczeniu strzelca,
Malcolm wyrzucił nogę wysoko w powietrze. Siup, dup, i broń przeciwnika znalazła się już w jego rekach. Ta chwila jednak była wystarczająca, aby bezzębny facet zdążył z zaskoczenia walnąć muzyka w łeb. Wielka, żelazna rura uderzyła tak mocno, że przed oczami perkusisty pojawiły się mroczki. Przez ułamek sekundy nie wiedział co się dzieje na około niego. W ciągu tego ułamku sekundy jednak zdarzyło się bardzo wiele.
Parę szybkich ciosów w brzuch, uderzenie kawałem metalu w plecy, no i butelka rozbita o głowę zrobiły swoje. Bohater niemal stracił przytomność. Walczył jeszcze na chwiejnych nogach, ale nie zdołał zdziałać zbyt dużo. Przeciwnicy w końcu wzięli go we dwójkę i wyrzucili przez okno. Potem chcieli strzelać, ale traf chciał, że nie mogli sobie w ogóle trafić. Strzelali tak, póki wóz naszej wspaniałej trójki nie odjechał zbyt daleko…
****
Powrót do czasów nam bliższych:
Malcolm nie mógł się zgodzić, aby
Pavlov jechał zamiast niego w samochodzie. To jego
Alan wyzwał na pojedynek, i to on powinien załatwić jak najszybciej tę parszywą sprawę. A to, że ruski jest najstarszy i nie chce mu się już żyć, to nie argument. Nawet
Fieldstone przyłączył się do apelacji. Może nie z tych samych powodów co Baker, ale poglądy mieli zbliżone. Oboje bali się o Rosjanina i obawiali się o samochód. W końcu 1200 gambli w tych czasach to nie przelewki. Tamten muł jednak w ogóle nie chciał słuchać młodzieńców. Powiedział, że on jedzie i basta. Nie ma przebacz. No cóż, trzeba było ustąpić…
****
Teraźniejszość:
Wszędzie słychać było ryki dwóch silników.
Mustang Fostera był piękny, ale
Plymouth to bezapelacyjnie cudo. Perkusista razem z kumplem przyglądali się, jak obcokrajowiec grzeje silnik, aby wyciągnąć z niego maks. Na około unosiły się kłęby dymu, wszędzie słychać było piski opon i dziewczyn – nie wiadomo które głośniejsze. Nie to teraz przykuło uwagę pałkera. Na słupie podpierającym starą latarnię tuż obok niego wisiała tabliczka głosząca coś o walkach na arenie. Dobrze byłoby się tam stawić. Gdy tak czytał treść napisu, oba wozy momentalnie ruszyły. Wyścig trwał krótką chwilę, choć pewnie z perspektywy kierowcy czas wydłużył się pewnie maksymalnie jak tylko mógł. Wozy przyspieszały walcząc o prowadzenie. Szły łeb w łeb. Nagle coś zaczęło szamotać bryką prowadzoną przez
Pavlova. W głowie Bakera narodził się czarny scenariusz, jakoby
Alieksiej w przypływie adrenaliny zszedł na zawał. Człowiek okropnie martwił się, co się stało z tatkiem. Widząc jednak pustą butelkę wylatującą przez okno, od razu skumał o co chodzi.
Po chwili ku uciesze i zaskoczeniu widzów, śliczny
Mustang Fostera, rozbił się o lampę. Wszędzie trysnęły iskry, części rozwalonego wozu wzleciały w niebo, a krew zmieszana z paliwem powoli sączyła się na zewnątrz wraku samochodu. Rosjanin wszedł w zakręt, aczkolwiek w bocznym lusterku zobaczył, że bryka przeciwnika stanęła w płomieniach. Zdecydował więc już powoli dobrnąć do mety. Po wozie widać było, że facet wyciągnął z niego prawie tyle samo, ile potrafi wyciągnąć
Fieldstone. Może nawet mu dorównał? W każdym razie gapie rzucili się w stronę Plymouth wywlekając zwycięzcę. Potem zaczęła się impreza dedykowana wygranemu. Mnóstwo alkoholu i innych takich rzeczy. Perkusista, zamiast tego, poprosił jakąś ładną dziewczynę, aby podrzuciła go pod arenę.
Kobieta od razu wpadła mu w oko. Na imię miała
Diana. Miała długie, śliczne, włosy rdzawego koloru, które zakrywała czarna czapka. Była zgrabna, dość niska, ale śliczna. Jak to zwykle bywa w takich wypadkach
Malcolmowi żadne składne zdanie nie mogło wyjść przez zęby. No cóż. Taki los. Po chwili jazdy ubarwionej nieco naiwną rozmową, oboje podjechali pod arenę. Duży budynek niegdyś, jeszcze przed wojną służył jako hipermarket. Teraz odbywają się w nim walki na śmierć i życie. Facet podziękował ładnie za podwózkę, a potem wszedł do budynku.
****
- Czego chcesz? Że niby walczyć? Phi… Popatrz na siebie gnojku. Takich jak ty, to gównianymi Fiacikami rozjeżdżamy. – odezwał się ponury grubas w swetrze, siedzący za metalowym biurkiem wyciągniętym żywcem z jakiegoś nowoczesnego biura.
Malcolm nie tracił tym razem spokoju. Opanował się przed uderzeniem pięścią właściciela areny, a potem odpowiedział spokojnie:
- Ile wpisowe?
- 10 gambli. – usłyszał krnąbrną odpowiedź, po czym wyciągnął z plecaka płytę CD, oraz dwa naboje.
- To powinno pokryć wpisowe.
- OK. młody. Twoja walka odbędzie się dziś wieczorem. A twoim przeciwnikiem będzie… Hmm… - urwał spaślak zaglądając do notatnika -
Wielki Joe w swoim gigancie. Połamania nóg życzę.
- Tiaa… Dzięki. – odpowiedział
Baker udając się do „koszar” jak to gladiatorzy zwykli nazywać pomieszczenia, w których się przygotowywali.
Po wejściu do swojej szatni, człowiek zdjął plecak, uzbroił się w całą swoją broń białą i wyszedł. Przez chwilę połaził między sklepikami, w których kiedyś mieściły się butiki. Teraz są tam głównie sklepy z bronią, handlarze niewolników, oraz stragany przeróżnych kupców. Po krótkim spacerze między straganami przyszedł czas na obejrzenie pola zmagań. Człowiek wyszedł na trzecie piętro galerii i oparł się o barierkę spoglądając w dół. Ring nie był duży. Da długość miał może z pięćdziesiąt metrów i prawie tyle samo na szerokość. Od razu do głowy perkusisty wpadł plan, aby poruszać się szybko i zręcznie, tak by wóz nie mógł manewrować między porozrzucanymi gdzieniegdzie wrakami samochodów. Jeśli wóz tego Wielkiego Joe jest tak wielki, jak jego przydomek, to potyczka będzie kaszką z mleczkiem dla gladiatora.
****
Tak więc nastał czas batalii. Odkąd człowiek zapisał się do walki, minęło może z dwie godziny. Starczyło mu jeszcze czasu na krótką rozgrzewkę i trening. Sińce z knajpy, w której rozpętał bijatykę dalej bolały, aczkolwiek nie było teraz czasu, aby je wyleczyć. W końcu jest sam środek wyścigu. Każda minuta się liczy. Mężczyzna przyodział „zbroję” złożoną z powyginanych blach, mocowanych do ciała skórzanymi rzemykami.
Detroitskim zwyczajem był fakt, iż gladiator, który zwycięży walkę zatrzymuje swój pancerz, oraz dostaje dodatkowe nagrody. Na to liczył i nasz pałker. A dodatkowe nagrody też na pewno się przydają.
W końcu po oczekiwaniu i dłużących się minutach nastał czas na potyczkę. Malcolm doskonale wiedział, co robił dając „szefowi” tą płytkę, którą mu dał. Z czterech ogromnych głośników znajdujących się na rogach Sali rozbrzmiała głośna muzyka zagłuszająca niemal wszystko. Nawet wrzask kibiców nie przebijał się przez ten hałas. Facet wyszedł odziany w części starego auta, oczekując na przeciwnika. W tym czasie komentator wypowiedział słowa:
- Panie i panowie. Oto, dzisiejszego wieczora, mamy dla was emocjonujący pojedynek. Kolejną walkę z serii człowiek versus maszyna. Dziś naszym śmiałkiem, który zmierzy się z kilkutonowym kolosem jest… Malcooooolm „Kmiooot” Baker. Malcolm przeżył już parę walk. Ma na swoim koncie dwa hatchbacki oraz Hammera. Czy i tym razem pokona rozszalałą stalową bestię, którą prowadzić będzie znany i lubiany Wieeeeelkiiii Joe!
W tym momencie publiczność zaczęła szaleć i skandować
„Joe! Joe! Joe!” Malcolm przyzwyczajony był do takiego zachowania, i nawet nie ruszało go to co słyszał. Stał twardo, nogami na ubitym piachu, przypatrując się wyjazdowi z areny. Wtem w otworze zaświeciły się dwa wielkie reflektory. Muzyka ucichła, zamieniając się w ryk potężnego silnika. Nagle z ciemności wyjechał on –
Wielki Joe. Było nawet lepiej niż
Baker się spodziewał. Jego przeciwnik wyjechał uzbrojoną po szyby… Furgonetką. „To nie powinno być trudne” – przeszło przez myśl gladiatora, czekającego na sygnał startu.
Nagle wszędzie rozległa się syrena, podobna do tej okrętowej. Samochód, stojący naprzeciwko drummera ruszył. O dziwo rozpędził się bardzo szybko. Widać było, że przeciwnik nie żałował kasy na usprawnienia. Auto zerwało się, i popędziło w stronę nędznego człowieczka, który własnie znalazł schronienie za wrakiem jednego ze starych aut. Na nieszczęście maszyna przebiła się przezeń jak przez masło.
Malcolm rzucił się na ziemię obok, aby nie zostać zmiecionym przez jedną z połówek wraku. Potem szybko wstał strzepując z siebie kurz. Całemu zajściu towarzyszył wiwat i okrzyki publiczności, która dopingowała obu zawodników. Potem samochód zawrócił z ogromną zwinnością. Jak na tak wielką bestię, miał bardzo dużą zwrotność.
Baker znowu musiał uskakiwać przed kolejnym rozjechaniem. Sytuacja powtórzyła się parę razy.
Kierowca niemiłosiernie dążył do tego, aby zlikwidować wroga. Próbował różnych zwodów i brudnych sztuczek, ale bębniarz z gracją unikał nadjeżdżających czterech kółek. Perkusista musiał wymyślić na prędce jakiś sposób zlikwidowania kierowcy, aczkolwiek nie było to zbyt proste. Na szczęście pomysł wpadł mu do głowy równie szybko, jak nadjeżdżająca raz za razem ciężarówka. Teraz jednak trzeba było mieć
„cojones” – jak to mówią
Hegemończycy.
Malcolm oczekując na kolejny atak stanął naprzeciw wozu. Choć nogi delikatnie mu się trzęsły, starał się opanować nerwy. Dobył włócznię - których wziął więcej na zapas – i czekał na kolejny podjazd przeciwnika. Chwile znowu zaczęły dłużyć się niemiłosiernie, a wóz wydawał się zawracać wieki. W końcu jednak doszło do tego, że kolce samochodu ustawiły się na przeciwległym końcu areny. Pałker obmyślając plan liczył poniekąd na farta, więc postanowił przekonać się, czy mógłby zamieszkać w
Vegas. Stanął z włócznią w ręku oczekując na atak. Doczekał się go szybko. Auto ruszyło z pełną prędkością w stronę człowieka przyjmującego postawę bojową. Było coraz bliżej… 45m… 40m… 30… 20… 10...
– Już! – Zakrzyknął mężczyzna rzucając włócznię. Długi kawał drewna wyfrunął z jego ręki z ogromną prędkością. Zakrwawione kawałki przedniej szyby wzniosły się ku górze. Triumf! Ale czy aby na pewno? Ucieszony
Kmiot spojrzał na fotel kierowcy. Siedzenie było przebite, ale nagle z pod maski rozdzielczej wyłoniła się paskudna morda
Joeya. Teraz nie było czasu na unik. Jedyne co mógł zrobić
Baker, to wskoczyć do kabiny. Tak też uczynił.
Bez problemu wlazł do kabiny pędzącego samochodu, wywołując szamotaninę. Dwaj mężczyźni przez chwilę unikali swoich ciosów próbując zadać szybką kontrę. Oboje byli jednak na mniej więcej równym poziomie. Przewaga była jednak po tronie gladiatora. A czemu? Bo chłopak przysłonił Wielkiemu widok przed maskę. Sam o tym nie wiedział, aż do czasu kiedy usiadł na kierownicy uruchamiając klakson. Wtedy też spojrzał do tyłu. Przed samochodem była ściana. Dzieliło ich od niej mniej niż 5 metrów. Wykorzystując element zaskoczenie
Wielki Joe złapał
Malcolma za fraki i wyrzucił boczną szybą. To był najgorszy - i ostatni – błąd, który w życiu popełnił. Samochód po chwili rozbił się, wybuchając, o ścianę a ciężkie kawałki metalu raniły
Bakera w korpus, nogi i schowaną w rękach głowę, po czym mężczyzna momentalnie stracił przytomność.
****
-
Nieźle Cię poharatał. – przemówił spokojny męski głos, to na pewno był
John.
-
Tak tawariszu. Masz szczęście, że przeżyłeś. – w pomieszczeniu rozległ się kolejny głos. Tym razem surowy i chrypliwy.
- Eee… Chłopaki?... Czemu… Czemu ja nic nie widzę? I czemu mi tak zimno? –
Malcolm poznał, że to jego towarzysze, aczkolwiek przestraszył się tego, że rzeczywiście widział jedynie ciemność.
- To tylko opatrunek. – Kolejny surowy, starszy, męski głos odpowiedział na pytanie perkusisty.
- Za dziesięć minut Ci go zdejmę, i dokuśtykasz sobie, by zobaczyć co wygrałeś. Tylko ostrożnie. Przez trzy - cztery dni raczej nie nadwyrężaj lewej nogi. – słowa te były miodem dla uszu
Bakera. Ale co to? Znał skądś to brzmienie. Czyżby to był? Nie, to nie możliwe…
– Kapral Mahone?! - Wykrzyknął mężczyzna z wyraźnym uśmiechem na twarzy.
– Tak synu, widziałem twoją walkę. To na końcu, to czysta głupota była. Nie lepiej było uskoczyć i rozwalić mu opony hakiem łańcucha? – Tak wiem, wiem… Twenty minuts later:
– Oto nadszedł czas na nagrodę dla naszego bohatera. – zakrzyknął komentator do mikrofonu. Dzisiaj pierwszą nagrodą jest… To oto stworzenie.
Wielka płachta powoli zaczęła odsłaniać klatkę, z której stopniowo wyłoniła się bestia. Wielkie, kudłate psisko, które wgapiało oczy we wszystkich stojących na około ludzi. Bestia spojrzała na stojącego najbliżej
Malcolma, po czym poczęła się ślinić i merdać ogonem. Najwyraźniej go polubiła.
– Będzie za niego dużo gambli. – szepnął perkusista do
Fieldstone’a, lecz spotkał się z ogromnym wyrazem oburzenia ze strony towarzysza.
– No dobra. – Powiedział zdołowany.
– To jak go nazwiemy? – Borys! – wykrzyknął ruski. –
Na cześć legendarnego Borysa Jelcyna! – No dobra… Niech będzie Borys… 