Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 04-03-2008, 20:16   #22
MigdaelETher
 
MigdaelETher's Avatar
 
Reputacja: 5 MigdaelETher jest jak klejnot wśród skałMigdaelETher jest jak klejnot wśród skałMigdaelETher jest jak klejnot wśród skałMigdaelETher jest jak klejnot wśród skał
$: 65 242
Edward przystanął na półpiętrze, z dołu dobiegał do niego szum rozmów prowadzonych przez podekscytowanych, rządnych wrażeń gapiów.

- Jak to… puścili go….

- …pismak panie, mówię pismak…

- Oni wszędzie się wcisną….

Młody mężczyzna, stojąc przed drzwiami mieszkania panny Violet, łowił strzępy zdań, odbijających się od pokrytych drobnymi kafelkami ścian klatki schodowej. Delikatnie ujął klamkę. Poczuł pod palcami gładką, zimną powierzchnię metalu.
Nacisnął ją, zamek przeskoczył. Ku zdziwieniu Eutanatosa drzwi okazały się otwarte. Powoli, ze skrzypnięciem uchyliły się nieznacznie, wręcz zapraszając go do środka. Edward przestąpił próg mieszkania i stanął jak zaklęty.





To nie mogło być to samo miejsce, które odwiedzili wczoraj wspólnie z Lukrecją i doktorem Mc Alpinem. W saloniku meble stały na swoich zwyczajowych miejscach a nie jak zapamiętał poprzewracane bez ładu. Od pokrytej wywoskowanym parkietem podłogi, odbijały się słoneczne promienie wpadające przez sporych rozmiarów okno. Nigdzie ani śladu krwi, czy bałaganu jaki tu ostatnio zastali. Edward zrobił kilka kroków w kierunku sypialni pani domu. Zatrzymał się słysząc szelest tkaniny ocierającej się o tkaninę. Ku wielkiemu zdziwieniu skonstatował, że porusza się dość dziwnie, nie w zwykły dla niego sposób. Spojrzał w dół na swoje stopy. Nie dostrzegł ich, ponieważ ginęły gdzieś w fałdach, długiej, granatowej sukni, wykończonej białą koronką. Spojrzał na swoją rękę, zamiast szczupłej, acz zdecydowanie męskiej dłoni patrzył na filigranową, bladą rączkę ozdobioną złotym pierścionkiem z szafirowym oczkiem. Do jego a może już nie jego uszu dobiegło energiczne stukanie do drzwi. Victred odczuł dziwne podniecenie, radość, oczekiwanie… Coś w jego głowie zaszczebiotało „ Nareszcie przyszedł! ” Jakaś siła skierowała jego kroki z powrotem do wyjścia. Po drodze jego wzrok padł na kryształowe lustro zawieszone nad sofą. Ze szklanej tafli patrzyła na niego szczupła, wysoka dziewczyna, o jasnych włosach upiętych w elegancki kok. Biała koronka, z której wykonano górę sukni podkreślała jej jasną, nieskazitelną cerę. Eutanatos jak w transie podszedł do drzwi i otworzył je. Na progu stał wysoki mężczyzna o zimnych oczach w kolorze skutego lodem, górskiego jeziora.




Jego niezwykle przystojną, anheliczną twarz okalały długie, blond włosy. Jasne kosmyki dość niedbale rozpuszczone, przysłaniały prawą połowę twarzy nieznajomego.


***


Brenan wiąż trzymając Lukrecje za rękę, wodził wzrokiem kolejno po zgromadzonych w oranżerii osobach. Chłonął atmosferę tego miejsca, tych ludzi, każdą nawet najdrobniejszą cząstką swojego ciała. Cóż za mnogość odczuć i emocji. Nie trzeba było nawet używać magyi aby dostrzec bijące od młodej pani domu zaskoczenie, konsternacje a nawet lęk. Pod tą zewnętrzną warstwą emocji krył się głęboki smutek i uczucie straty. Mc Alpin skupił się jeszcze bardziej… gdzieś we wnętrzu, na samym dnie, Evelyn skrywała uczucia zagubienia i wyobcowania. Spojrzenie łagodnych zielonych oczu powędrowało ku starej służącej. Otaczająca ją aura niechęci była skierowana nie tylko ku nowo przybyłym ale przede wszystkim koncentrowała się na jej chlebodawczyni. To naprawdę dziwne, że zwykła służąca uważa się za kogoś lepszego od swojej pani!? Uczucie rozdrażnienia i niecierpliwość jakie biły od Sir Connorsa były tak silne, że Brendanowi aż zakręciło się w głowie. Nagły atak migreny zburzył jego koncentracje. Delikatne nici emocji łączące ze sobą tu zebranych oraz specyficzna aura otaczająca każdego z nich prysły w jednej chwili jak bańka mydlana. Zmęczony Szkot potarł ręką czoło, na które wypłynęły strużki potu. Po zadanym przez Lukrecję pytaniu zapadło niezręczne milczenie. Evelyn stała napięta jak struna po raz kolejny przeżywała tamten dzień.

Był parny sierpniowy wieczór. Domownicy powoli udawali się na spoczynek. Henry jak zwykle siedział w swoim gabinecie nad jakimś pożółkłym pergaminem, kiedy ktoś zapukał do drzwi rezydencji i raz na zawsze zburzył ich spokój. Evelyn ukryta w mroku galeryjki obserwowała scenę w holu. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz a żołądek podszedł do gardła na widok spowitego w czerń młodzieńca. Widziała go już wcześniej, we śnie a raczej koszmarze sennym. Widziała jak klęczy na jakiejś polanie pochylony nad zakrwawionymi zwłokami. Kiedy się podniósł, Evelyn ze zgrozą rozpoznała w trupie swojego męża.




Teraz mężczyzna z sennego majaku raźnym krokiem zmierzał wprost do gabinetu Henrego. Dziewczyna nie wiedziała co robić. Chwilę walczyła z chęcią zbiegnięcia na dół i ostrzeżenia męża. Cóż by też o niej pomyślał, co by mu powiedziała?! „ Śniło mi się, że ten mężczyzna chce Cię zabić. ” Skarciła się w myślach. Brzmiało to doprawdy niedorzecznie. Młodziutka hrabina Fox westchnęła cicho i udała się do swojej sypialni. Tej nocy jednak nie potrafiła zasnąć, za każdym razem kiedy tylko zamykała powieki, przed jej oczami stawał obraz mężczyzny klęczącego nad okrwawionym ciałem Henrego. Nad ranem przyszedł do niej mąż. Niespokojna zaczęła go wypytywać co się stało, pocałował ją tylko delikatnie w czoło i uśmiechnął się.

- Nie martw się, to po prostu taka drobna sprawa, którą muszę zająć się osobiście. A teraz śpij kochanie, kiedy się obudzisz będę już z powrotem w domu.- jednak zdenerwowanie wyczuwalne w jego głosie zdawało się przeczyć słowom.

Zmęczona całonocnym czuwaniem Evelyn, w końcu zasnęła. Obudziły ją krzyki i harmider, który panował w całym domu. Jej mąż wrócił, jednak z pewnością nie tak, jakby tego chciał i jej obiecywał. Na marmurowej posadzce przedstawiającej symbol węża połykającego własny ogon, która była główną ozdobą holu leżał hrabia Fox. Jego ciemne oczy wpatrywały się uporczywie w wielki, kryształowy żyrandol zwisający z sufitu. Czarna marynarka była rozpięta a czerwona koszula… zaraz Henry nie nosił czerwonych koszul…Niegdyś biała koszula przesiąknięta była na wskroś ciemnoczerwoną krwią, która zaczynała tworzyć małe strumyczki spływające po posadzce we wszystkich kierunkach. W koło biegali lamentujący domownicy i służba. Nad martwym panem klęczała zawodząc jak oszalała, stara Mod, jego dawna piastunka a obecna ochmistrzyni.

- Proszę pani, proszę pani…?!- to właśnie głos starej służącej przywołał Evelin do rzeczywistości. Kobieta chwiejnym krokiem podeszła do stolika i opadła na krzesło.

- Mój mąż…mój…hrabia Fox nie żyje. Zginął w pojedynku, trzy tygodnie temu- wycedziła zbielałymi wargami.

Po głowie kołatała je się dziwna myśl „ To Ty jesteś kobietą ze snu ”. Dziewczyna ukryła twarz w dłoniach, co to za głos w mojej głowie. To pewnie przez laudanum, którym szpikuje mnie doktor… nie jestem wariatką, to ze zmęczenia, tak to przez zmęczenie i leki… Goście stali chwilę w milczeniu.

- Przepraszam, nie wiedzieliśmy...raczy nam pani wybaczyć to najście i proszę przyjąć najszczersze wyrazy współczucia – mała Lukrecja wstała – Jeszcze raz proszę o wybaczenie, nie będziemy pani dłużej niepokoić.

Panowie również wstali i złożyli kondolencje młodej wdowie.

- Jeśli w czymś to państwu pomoże, to wszystkimi sprawami mojego męża zajmuje się obecnie Sir Wiktor Rozepour, Mod odprowadź państwa i podaj im adres kancelarii Sir Rozpora. Ja jestem zmęczona, państwo wybaczą- powiedziała hrabina przyciszonym głosem.

Kiedy znaleźli się na zewnątrz, z wizytówką adwokata w dłoni, Lukrecja okryła się szczelniej płaszczykiem.




Aura znów się zmieniła. Mroźny wiatr rozwiał mgłę. Dziewczynka spojrzała na aleje prowadzącą do bramy, drzewa rosnące w szpalerach po obu jej stronach straciły już liście. Do Londynu zawitała jesień.
 
__________________
Lek. dent. Magdalena Pająk :D...teraz pora nadrobić zaległości ;D

Ostatnio edytowane przez MigdaelETher : 04-03-2008 o 20:20.
MigdaelETher jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem