| A więc postanowiliście wyjść do miasta. Pamiętając słowa Lysandera, podeszliście do kominka i spojrzeliście w trzaskające wewnątrz płomienie. Elgard pałaszował właśnie spory kawał drewna, lecz gdy zbliżyliście się, od razu spojrzał na każdego z was, po kolei. Po chwili zmrużył oczy i westchnął głęboko:
- Dokąd? - zapytał znudzonym głosem, zupełnie jakby był bardzo zmęczony.
- Do miasta - odrzekł pogodnie Haku. Elgard westchnął raz jeszcze i na chwilę zniknął wśród ognia. Wydawało się, jakby poszedł gdzieś wgłąb komina. Parę sekund później wrócił jednak na swoje zwyczajne miejsce i odparł tym samym, znużonym tonem:
- Gotowe...
- Dziękujemy bardzo - odpowiedział druid.
Demon mruknął coś do siebie i odwrócił się w stronę płonącego drwa. Odeszliście więc i skierowaliście się do przedpokoju. Wyglądał on zupełnie tak jak wcześniej. Nic nie wskazywało na to, że wejście przeniosło się gdziekolwiek. Nie było żadnych śladów użycia magii. Haku, który prowadził, chwycił za klamkę i pchnął drzwi. Od razu uderzyły was promienie popołudniowego słońca. Było około godziny siedemnastej. Brukowana ulica ciągnęła się w dół i w górę miasta. Wyszliście na drogę i zamknęliście za sobą drzwi. Przechodzący obok ludzie i elfy nie zwracali na was szczególnej uwagi. Nieliczni tylko oglądali się za ogonem i uszkami Aarona oraz za srebrzystymi włosami Avenzuza. Kupcy zmierzali w górę, najwyraźniej wracając już z rynku. Miasto położone było na zboczu góry, a w oddali, w dolinie, malowało się piękne morze oraz złocista plaża. Dumne żagle statków majaczyły na tle falującego błękitu. Słońce na horyzoncie chyliło się już ku zachodowi i przybierało powoli pomarańczową barwę. Wzdłuż ulicy rozciągały się ładne kamieniczki, większość "przyklejonych" do siebie ścianami. Z niektórych okien zwisały sznurki z mokrymi ubraniami z innych wiły się kwieciste girlandy. Spojrzeliście na prawo od "Okrętu", w stronę wzniesienia. Szczyt góry malował się wysoko ponad miastem. Cała osada była bardzo duża i rozciągała się od zbocza, poprzez dolinę, aż do brzegu morza. Domy były raczej białe, żółte lub pomarańczowe, a dachy niezbyt strzeliste. Z wielu kominów unosiły się potężne kłęby dymu. Gdy podeszliście nieco w dół drogi, ujrzeliście przepiękną panoramę zachodniej części miasta, tej położonej w dolinie. Mniej więcej po środku usytuowany był obszerny rynek, biegnący aż do doków. Sprzedawcy zwijali już swoje stragany, a klienci rozchodzili się do domów z koszykami pełnymi zakupów. Jedni nieśli świeże ryby i owoce, inni lśniące miecze i kołczany ze strzałami, a byli nawet tacy, którzy tachali ze sobą klatki z przeróżnymi zwierzętami i magicznymi stworzeniami. W porcie ruch też już malał. Jedynym miejscem, gdzie wciąż przybywało ludzi były gospody i nadmorskie tawerny. Tam zabawa dopiero się rozkręcała. |