Reputacja: 0  | Na twarzy doktora McAlpina odmalowało się zdumienie. W konsternację wprawiły go , słowa gospodyni. Jej reakcja była całkowicie uzasadniona. Ich wizyta była wielkim nietaktem i nie umniejszała tego faktu nawet ich niewiedza o śmierci jej męża. Chłodne przyjęcie i szybkie pożegnanie nie zaskoczyły Brendana, za to nazwisko które padło z ust Evelin, tak. - Rospour...?! Czyżby ten szubrawiec miał coś wspólnego z tymi morderstwami.-Brendan próbował przypomnieć sobie to co przy różnych okazjach słyszał na temat tego człowieka. Pamiętał, że przez dobre kilka dni klub dla dżentelmenów którego był właścicielem i prezesem, dosłownie trząsł się od plotek na jego temat. Wtedy jeszcze sprawa, tak zwanego wśród Śpiących "Kuby Rozpruwacza" nie interesowała go zbytnio. Czytając poranne gazety pomijał pierwszą stronę, na której już niemalże codziennie gościły opisy kolejnych zbrodni dokonanych, jak wtedy przypuszczał, przez jakiegoś wampira lub nefandusa. Nie interesowało go to zbytnio, zakładał, że Porządek Rozumu zajmie się tym "dewiantem" szybko i sprawnie. Widać jednak nie zajął się i nie zamierzał. Zapewne Nowy Porządek Świata już wiedział że giną Przebudzeni i czekał tylko, aż sami się z tym szaleńcem nawzajem wymordujemy. Teraz, będąc zamieszany w całą tą zagadkę, żałował że wtedy nie przywiązywał wagi do plotek, którymi dosłownie był bombardowany. Był zbyt zajęty negocjacjami w sprawie pewnego arcyciekawego zbioru przedmiotów z kolekcji tragicznie zmarłego artysty-narkomana. Brendana nieszczególnie interesował się sztuką, tego morfinika czy też jakiegokolwiek innego artysty, za to należące do niego przedmioty, obecnie wystawione na sprzedaż, były bardzo interesujące. Doktor chciał dołączyć do swojej kolekcji kilka kolejnych okazów. Niestety źródło z jakiego nieboszczyk zdobył owe przedmioty było delikatnie mówiąc szemrane, dlatego też negocjacje z ich nowym właścicielem zdawały się przypominać zaloty jeży. Gdy już sfinalizował transakcję i dostarczono mu upragnioną przesyłka był zbyt zajęty badaniem jej zawartości oraz biografii jej poprzedniego właściciela. Sprawa ta wielce go zaintrygowała, gdyż nie wyobrażał sobie że można wejść w posiadanie tak silnie nacechowanych magyją przedmiotów przez przypadek. Badania jednak okazały się bezowocne i doktor był zmuszony je porzucić. Teraz pluł sobie brodę, że w ogóle zmarnował tyle czasu. Nazwisko prawnika nie dawało mu spokoju, kojarzyło się z tą sprawą nad wyraz uporczywie. Doktor wytężył swój umysł starając się zwizualizować kolejny zakorzeniony w podświadomości na taką okazję Sygi. Z ogromną ulga poczuł, jak rozwiewa się mgła osnuwająca jego zatarte wspomnienia sprzed kilku tygodni. Niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko ułożyło się w jedną całość...
Ponieważ etykieta i konwenanse nie były mocną stroną Szkota, Brendan uznał że najbardziej stosownie będzie ograniczyć pożegnanie z gospodynią do minimum. Pomógł zebrać się swojej drobnej podopiecznej i uprzejmie pożegnał się z hrabiną. Szli przez korytarz prowadzący ku wyjściu, pogrążeni w ciszy. Pierwsza odezwała się młoda dama... -Brendanie... wiesz czemu tak zareagowałam, prawda? To była ona, ta kobieta z moich snów...-dziewczynka zwróciła się do prowadzącego ją pod rękę lekarza. -Tak, też myślę że to ta sama osoba. Ale przypuszczam, że to tylko kolejny element układanki. Być może los nie zaprowadził nas tutaj żebyśmy spotkali się ze świętej pamięci właścicielem tego domu ani jego małżonką. Nie dowiedzieliśmy się absolutnie niczego…choć…. W sumie chyba mamy kolejny punkt zaczepienia. Ten cały mecenas Wiktor Rospour. Z tego co obiło mi się o uszy, jest w jakiś sposób powiązany, ze sprawą tych makabrycznych morderstw.-na twarzy Lukrecji malowało się zdumienie. Przez dobra minutę szli tak razem w ciszy, aż opuścili budynek. Brendan dał za wygraną, widząc że nie uda mu się wygrać z charakterkiem Lukrecji i nie zmusi jej do zadania pytania a tym bardziej do przyznania, że o czymś nie wie... -Widzisz, moja droga, kilka miesięcy temu zajmowałem się na prośbę mojego dawnego przyjaciela z uniwersytetu w Aberdeen, obecnie pracującego jako lekarz w Scotlandyardzie, pewną ponurą sprawą. Miałem jako niezależny lekarz potwierdzić wyniki pewnych badań, a w zasadzie sekcji zwłok dwóch mężczyzn. Mieli oni paść ofiarami dotyczyć nietypowego morderstwa. Zginęli w bardzo krótkich odstępach czasu, w dosyć podobny sposób. Obaj utonęli w Tamizie, przynajmniej na to wskazywała ekspertyza... Stan ich zwłok, wybacz mi drastyczne szczegóły, świadczył o tym, że przetrzymywano ich w wodzie bardzo długo. Problem tylko w tym, że na pewno przebywali w niej jeszcze na długo przed zgonem. Ktoś tych ludzi przetrzymywał, podtapiając, jak przypuszczaliśmy, całymi tygodniami ą następnie uśmiercił. Motyw zdawał się prosty, mężczyźni kilka lat temu zbili fortunę na interesach w krajach Lewantu. Policja podejrzewała porwanie i próbę wyłudzenia, mieli nawet trzech podejrzanych. Mój przyjaciel opowiadał mi że nawet wniesiono oskarżenie wobec jednego z nich. Historia podobno nadawała się na fabułę miernej jakości kryminału, podejrzanym był spadkobierca ich fortuny. Swoją drogą Georga, tego kolegę z Scotlandyardu miałaś okazję poznać rok temu u... heh, u mnie na urodzinach. Georg, taki niewysoki i korpulentny, musisz go pamiętać bo chodzi w taki śmieszny sposób przywodzący na myśl pingwina... -wyraz twarzy młodej dziewczyny szybko sprowadził z powrotem tok myślenia Brendana na właściwe tory... -No więc Georg strasznie przeżywał tą intrygującą sprawę. Do szewskiej pasji doprowadzało go, że mężczyzna co do którego był pewien, że to on popełnił zbrodnię został wpuszczony na wolność. Zapewne chcesz zapytać co nas to w ogóle interesuje? Widzisz moja droga otóż Georg przeklinał zawzięcie, że drabowi udało się wykpić w sądzie dzięki pomocy jakiegoś prawnika. Nic mu nie mogli zrobić z braku dowodów. Ba, ponoć majątek zamordowanych w końcu trafił w jego ręce. Brudna sprawa... a teraz, moja droga, zgadnij jak nazywał się ów adwokat, który reprezentował podejrzanego...
Lukrecja otworzyła usta by coś powiedzieć, jednak doktor uprzejmym gestem powstrzymał ją. -Dokończymy tą rozmowę w spokojniejszych warunkach. Za dużo tego naraz, zwłaszcza w twoim stanie. Jedźmy do mnie, tak jak planowaliśmy. Odpocznijmy nieco przy popołudniowej herbacie i omówimy tą sprawę zanim odwiedzimy tego jegomościa...-Brendan rozejrzał się wokół. Nagle zorientował się, że zupełnie zapomniał o towarzyszącym im Sir Connorsie. |