| Joseph z mieszanymi uczuciami spojrzał w ślad za odbiegającymi kotami. Nie bardzo miał ochotę na ciąg dalszy walki, ale wolałby, by świadkowie ich zwycięstwa nie pobiegli donieść swemu panu o wyniku walki.
- Ostanie dwa uciekły - powiedział na tyle głośno, by usłyszała go cała reszta, machnięciem reki wskazując równocześnie kierunek ucieczki. - Ale chyba nie ma po co ich gonić...
Miał wrażenie, że nawet na szybkich wierzchowcach nieprędko dogoniliby uciekające zwierzaki, które w dodatku prawie natychmiast zniknęły wśród krzaków...
Spojrzał na swoje rany. Nie wyglądały na zbyt poważne. Wyglądały nawet na takie, które zagoją się szybciej bez jakiejkolwiek interwencji. Mimo wszystko postanowił potraktować je spirytusem albo gorzałką. Jeśli dobrze pamiętał, było coś takiego na wozie...
Podniósł głowę i spojrzał na kompanów. Wyglądało na to, że z wyjątkiem Abrahima nic się nikomu nie stało. Nie mówiąc, rzecz jasna, o Leonardzie, którego los był, jak się zdaje jednoznaczny... Co i tak trzeba było sprawdzić. Niedługo...
Zeskoczył z konia i zrzucił wodze na ziemię. Tornado był na tyle wyszkolony, że nie ruszyłby się z miejsca bez bardzo ważnego powodu. Na przykład atak jakiegoś drapieżnika, a wtedy miałby większe szanse na ucieczkę lub obronę...
Podszedł do wozu. Ściągnął kolczugę i obejrzał ją dokładnie. Skrzywił się. Wyglądało na to, że na najbliższym postoju zdoła ją podreperować, ale bez pomocy doświadczonego kowala nie było siły, by zbroja zdołała wrócić do dawnej świetności.
Skrzywił się nieco.
Dziwnym trafem na horyzoncie nie było widać żadnego kowala...
Sięgnął po starannie zapakowany dzbanek i odkorkował go. Ostry zapach gorzałki rozległ sie dokoła. Nie licząc się z ewentualnymi protestami krasnoluda polał zranione ramię i tors. Potem spojrzał na Abrahima.
- Masz jakieś zioła - spytał - czy wolisz tym - potrząsnął dzbankiem - polać ranę? Barbarzyńskie, bolesne, ale ponoć skuteczne...
- Chociaż - dodał - niektórzy zalecają, by najpierw zastosować do wewnątrz... |