Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 04-14-2008, 21:08   #426
Glyph
 
Reputacja: 5 Glyph wkrótce będzie znanyGlyph wkrótce będzie znany
$: 52 385
Anzelm
Walka stawała się coraz bardziej zacięta. Po dłuższej wymianie ciosów w oczy rzucał się schemat jakim kieruje się szkielet. Cóż, te istoty nigdy nie były w stanie wykonać nic ponad proste rozkazy. Kapłan zapłonął ze złości, przypominając sobie los, jaki chciał zgotować drowce. Poczekał, aż sekwencja ich ruchów znów się powtórzy i nieoczekiwanie zmienił kierunek obrotów. Nadszedł moment, na który czekał. Cała swą furię włożył w zamach i wyprowadził cios w odsłonięte kości. Kij grzmotnął w klatkę piersiową z trzaskiem łamiąc kilka żeber. Nieumarły nie przejął się ciosem. Atakował niewzruszony i kapłan wiedział, że będzie tak dopóki nie padnie sam, albo jego przeciwnik. W tym momencie zawziętość wzięła górę nad rozwagą. Pomimo zmęczenia kapłan chciał jak najszybciej zakończyć starcie. Zraniona ręka drętwiała mu z bólu przy każdym zderzeniu drzewc, a mimo to napierał dalej. Może, gdyby stłumił złość, zauważyłby w porę nadchodzący cios.

Opatrzność czuwała nad wojownikiem. Ostrze halabardy musnęło go rozdzierając zbroję. Pierś paliła przy każdym oddechu, ale szczęściem skończyło się na powierzchownej ranie. Niemal w tym samym momencie w powietrzu rozległ się świst strzały. W pierwszej chwili nie był pewien kto strzela, choć z drugiej strony nie uwierzyłby, gdyby Maureen zaryzykowała ich życie. Szybko zrozumiał, kusznicy zbliżyli się szybciej niż sadził. A może to on zbyt mocno ociągał się z przeciwnikiem. Kolejna niedogodność walki z martwiakami to brak ludzkich odruchów i skrupułów. Waliły bełtami, nie przejmując się zranieniem towarzyszy. Sami walczący też nie odczuwali z tego powodu żadnej trwogi. Wszyscy byli tu by wypełnić zadanie, bez względu na ofiary.

Postanowił być ostrożniejszy. Odpierając ataki przeciwnika starał się nie odwracać do kuszników plecami. Gniew odchodził, a wraz z nim nadmiarowe siły i kapłan słabł z każdą chwilą. Nadchodziło rozwiązanie pojedynku. Albo zaraz zniszczy szkielet, albo sam zasłabnie. Resztkami sił udało mu się wyprowadzić cios. Gdy kulawy szkielet tracił równowagę, Anzelm szykował się do ostatecznego ciosu. Zamarł z przerażenia na widok pędzącej fali. Nim go porwała bezradnie starał się ręką osłonić głowę. Padł twarzą do ziemi.
Jasność umysł odzyskał dopiero po chwili. Uniósł głowę, plując przy tym ziemią. Na policzku czuł ciepłą strużkę krwi. Na leżącym nieopodal kamieniu zastygała gruda krwi. W trawie wymacał kij i wspierając się na nim starał się podnieść obolałe ciało. Przy każdym obrocie głowy czuł piekący ból. W otarciu na szyi wciąż sterczały drobne kamyczki, które poderwały się z dna na skutek wirów.

-Jestem. Zawracajmy póki można.-wychrypiał w odpowiedzi na zawołanie Nathaniela. W oddali usłyszał głos Maureen. Świadomość, że jest bezpieczna dodała mu otuchy.

Począł się wycofywać w kierunku dziewczyn. Wspierał się na kiju starając nie poślizgnąć się na rozmokłej ziemi. Oddaliwszy się odrobinę od wody odwrócił głowę, patrząc na wiszącą kulę. Po czyjej stronie stała tajemnicza siła? Od fali oberwały równo szkielety jak i ich kompania. Ktoś chciał im pomóc, czy też zniszczyć, wliczając w koszty szkielecie skorupy.
Także wśród ludzi znał takich, których brak skrupułów i chłodna kalkulacja mogła być wzorem dla szkieleciej armii.
 
Glyph jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem