Wątek: Tacy jak ty 3
Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 04-14-2008, 21:15   #604
Almena
 
Almena's Avatar
 
Reputacja: 5 Almena ma w sobie cośAlmena ma w sobie cośAlmena ma w sobie coś
$: 309 792
- Milczy.
- Może Rith go uciszył.
Lavender spojrzał w złote ślepia Valgaava.
- Nie wiem – szepnął.
- Hm?
- Nie wiem co stało się z Almanakh – powtórzył.
Smok westchnął ciężko.
- To moja wina. To ja osłabiłem obrońcę Oka Światła, przez co nie mógł jej ustrzec.
Lavender ze współczuciem pokręcił przecząco głową.
- W wymiarze chaosu, w mieście Rasgan, Verion objawiał się mi jako porywacz Almanakh, jej oprawca. Później ujrzałem go w świetle jej obrońcy. Kiedy Kanzeliv pokonał Veriona w walce, stanąłem w obronie Kihary Riona, by go ocalić. Zrobiłem to dla Almanakh. Ona... naprawdę była... przywiązana do niego... – szepnął. – Odczuwałem to całą duszą, kiedy spoglądałem w jej oczy, gdy na niego patrzyła. Zrobiłem to dla niej – ponowił, jakby z wyrzutem sumienia. – Cały czas jednak wspominałem chwile, kiedy... wspominałem rodziców, braci, przyjaciół... smoki... Cały czas widziałem Kiharę Riona takim, jakim był przez tysiąclecia, służąc Rionowi. Jako zabójcę smoków. Nie mogłem... nie umiałem inaczej... – zacisnął pięści. – Jego oczy... jego uśmiech...! Wcale się nie zmienił!... Stale widziałem go, jak... jak stoi na skale... i powoli wyciąga rękę w bok, uśmiechnięty, z zamkniętymi oczami, jak...! Miałem... miałem go w garści, śmiertelnego, rannego, z połamanymi żebrami, pełzał w kałuży krwi u stóp Kanzeliva!... Mogłem...!

lastinn player

- To nie była twoja wina.
- Miałem wrażenie, że Almanakh zbytnio mu ufa, i nadzieję, że kiedy go zgładzę, Oko Światła będzie bezpieczne. Nie przewidziałem, że chaos przyjdzie do wymiaru bieli! – jęknął Valgaav. – Chciałem zabić Veriona dla niej, dla jej dobra!... Ich znajomość wydawała mi się niezdrowa, nienaturalna, szkodliwa dla wszystkiego wokół! Z-zrobiłem to z egoizmu – westchnął boleśnie. – Dla własnej zemsty! Przez własną nienawiść widziałem to, co chciałem ujrzeć! Gdyby Verion nie odniósł ciężkich ran w walce ze mną, być może uchroniłby Almanakh przed Rithem! Najgorsze jest jednak to, że jeśli oni wszyscy zginą... Astaroth, Kejsi, Thomas... Jeśli nie wrócą do przeszłości i nie powstrzymają mnie przed walką z Verionem...! Milczysz.
- Nawet Verion nie powstrzyma tego, co czyha w tamtej rzeczywistości.
- Co to jest?
- Nie domyślasz się?
- Zabicie Ritha nic nie da?!...
- Ast i Aroth. Obawiam się, że od niego wszystko zależy. On nie zdaje sobie z tego sprawy. Znów będzie przeciwko wszystkim, czy tego zechce, czy nie. Będzie musiał wybrać.
- Czy Taki Jak On, demon, jest w stanie wybrać coś poza chaosem?
- To się okaże kiedy przyjdzie czas. Jego towarzysze, nie wspominani przez przepowiednie, mogą, jeśli zechcą, odegrać większą rolę w dziejach świata niż Ast i Aroth.
- Pojawienie się amuletu Kaihi-ri... On został stworzony, by zapobiegać skutkom Wielkich Wojen.
- Być może, Valgaav, jesteśmy właśnie świadkami nadejście kolejnej Wielkiej Wojny, którą stoczą tylko nieliczni.
- Tacy Jak Oni?
- Biel i Chaos nie wybierają swych obrońców. To obrońcy wybierają, za kogo chcą walczyć.
- Miejmy nadzieję, że oni już wybrali. Myliłem się co do Veriona. Teraz rozumiem...
* * *
[Rasgan]
- Gdzie jest Oko Światła?!
- Nie wiem...
- GDZIE ONO JEST?!
- Nie wiem.
- GADAJ!!!
- Nie.
- Zabiję cię, szumowino!!!
- Zabij;3 Nie krępuj się.
- Ga-daj.
- Nie.
- Będę cię tłukł, aż...!
- Tłucz;3 Nie krępuj się.
- Gadaj, albo...!!!
- Nie.
Byłem tam i cię widziałem. Padał deszcz. Czy zawsze kiedy płaczesz pada deszcz...?
Pewnie tak...
Patrzyłem na ciebie. Jesteś tak niesamowicie... piękna... Nie zauważam nawet twojego ciała, śmiertelnego bytu, wszystko mi jedno, czy dotykasz mnie ciepłą, czy zimną dłonią, czy twe usta są miękkie, czy suche i spękane. Twoja dusza... Jesteś taka piękna. Mimo, że mordowałaś moją rasę.
Zakochałem się w tobie...? Raczej nie. Byłaś mi niezbędna do egzystencji. Do całego mnie.
„Łączy nas wszystko, co nas dzieli” – pamiętam, jak to powiedziałaś, z nutką ironii, ale uśmiechnięta, wesoła, szczęśliwa. Jestem twoim koszmarem. Jesteś moim marzeniem.
A ja...? Ja... myślałem że też mnie... kochasz...? Kochasz? Właściwe słowo?
Współczułaś mi, od tego wszystko się zaczęło. Przeżyłem dzięki twemu współczuciu. Żywiłem się nim. Może dlatego poczułaś się dobrze w moim towarzystwie. Wolna od wszelkich trosk.
Zawsze mnie nienawidziłaś. Kihara Riona.
Pamiętam, kiedy ujrzałem cię po raz pierwszy. Oko Światła. Stałem u boku Shabranido, a ty wyłoniłaś się z Bramy w blasku białego ognia, niczym Zorza. Zerknąłem tylko ku tobie, i zadrżałem. Ze strachu. Nie mieliśmy okazji „spotkać się” wtedy, na szczęście, gdyż zajęty byłem walką z czarnymi smokami. Byłaś dla mnie jak wyrok śmierci. Wiesz o tym?
Kiedy wyruszałem, aby cię zgładzić, czułem, że nie wrócę z tej misji.
Byłem z tobą.
- GADAJ!....
Boli.
Kiedy po raz drugi spotkałem się z tobą twarzą w twarz, konałem. Byłem przerażony. Przerażała mnie twoja Biel.
- Nic ci... nie jest...?
Otworzyłem powoli prawe oko i zamrugawszy dwa razy z nadzieją, że wizja choć trochę się wyklaruje, rozejrzałem się wokół. Nie spodziewałem się wprawdzie dobrego widoku z tej perspektywy - leżącego na lewym boku, - lecz fakt, iż ujrzałem tylko szarą pustkę i zamazany, czarny cień w jej otchłani, boleśnie mnie rozczarował. Oddychałem z wielkim trudem. Płytkie, urywane wdechy. Wydechy były pełnymi boleści, cichutkimi sapnięciami. Zamknąłem oko, aby nie nadwerężać niepotrzebnie ułomnego jak się okazało zmysłu, i zebrawszy zaoszczędzone tym sposobem siły próbowałem cokolwiek powiedzieć. Poruszałem ustami, ale z mojej krtani wydobył się jedynie upokarzająco śmiesznie słaby, nieartyukowany jęk.
- Boli...? – spytał cichutko przestraszony głosik.
Raz jeszcze spróbowałem się poruszyć, zmusić jakąkolwiek z kończyn do choćby najlżejszego drgnięcia. Nie reagowały, leżały bezwładne na podłodze; lewa ręka przyciśnięta tułowiem, prawa zgięta w łokciu, z dłonią prawie zaciśniętą w pięść, niemal dotykającą twarzy. Prawa noga lekko zgięta, w lewej straciłem czucie.
Potworny ból rytmicznymi falami przetaczał się przez całe moje ciało, stale i bez przerwy, taki sam, powracający w równych, zbyt krótkich odstępach czasu, abym mógł zastanowić się ze spokojem nad swoim położeniem. Każdą stworzoną myśl ból miażdżył i degradował do rozpaczliwego błagania o ukojenie.
Dychałem głośno, za szybko, za płytko; moje sapanie będące teraz jedynym źródłem energii dla skatowanego ciała wypełniło całą ciszę i nie słyszałem zupełnie wszelkich odgłosów zrodzonych z działań istoty obecnej obok mnie. Ból ostrą, rwącą szpilą wbijał się coraz głębiej i głębiej pomiędzy moje żebra.
- Nie bój się... – szepnęła tuż nade mną.
Otworzyłem szeroko prawe oko. Mogła teraz zobaczyć w nim blask czystego lęku i rezygnacji. Bałem się jej. Jej bliskości i jej słów.

- Więc...?
Zakaszlał i splunął krwią. Wielka dłoń zacisnęła się na fałdach jego czarnego płaszcza i przyciągnęła zesztywniałe ciało ku człowiekowi o posturze niedźwiedzia.
- Gadaj – syknęły usta noszące brzydką bliznę.
- Nie mamy... o czym... gadać... – wydyszał cichutko i uśmiechnął się złośliwie.
Trzaśnięty w twarz raz i drugi, jęknął tylko i spuściwszy ciężką głowę, splunął znów krwią.
- Mam czas. Jak długo jeszcze wytrzymasz?
- Nie powiem – wymusił na sobie uśmiech, choć twarz zabolała go od tego.
- Na pewno? – warknął i z całych sił wpakował swoją wielką pięść w brzuch szczupłego, zdrętwiałego ciała.
- Na... pew...no... – wykrztusił z trudem na bezdechu.
Oprawca zacisnął pięści i zadrżał aż z wściekłości. Czarnowłosy uśmiechnął się złośliwie i upierdliwie uparty, niezrozumiale spokojny, kasłał sobie cichutko, raz po raz spluwając czerwona pianą.
- I tak je znajdziemy – zapewnił wściekle kat. – Myślisz, że nie?!
- Nie powiem...
- Dobrze się bawisz powtarzając to?
- Nie powiem – uśmiechnął się obłąkańczo.
- Nie? A dobrze się bawisz obrywając? – warknął i trzasnął znów jeńca w twarz.
- Nie powiem – szepnął.
- Bo ja świetnie się bawię tłukąc ciebie. Wiesz o tym, prawda?
- Moja wiedza nie jest przeznaczona dla ciebie, szumowino – wysapał boleśnie.
- A dla kogo?
- Nie powiem.
* * *
Był tu! Almanakh z piskiem zgrozy odskoczyła pod ścianę, odwracając się zamaszyście. Verion uśmiechnął się zawadiacko i niewinnie wzruszył ramionami, powoli wyciągając do niej rękę.
- Czego ty chcesz?! – jęknęła w panice.
- Jestem wolny.
- Co?!
- Wolny. Nie ma Riona, nie ma Shabranido. Jestem wolny. Chcę... być z kimś.
- Być z kimś?!
- Jestem samotny.
- Demony nie bywają samotne!
- Więc może jestem chory;3 – podszedł do niej, znienacka chwycił jej dłoń i przyłożył ją do swego czoła. - Mam gorączkę?
- Demony nie chorują! – wydukała w osłupieniu, wyrywając mu machinalnie swoją rękę.
- A co robią?;3
- Złe... rzeczy.
- Robię... złe rzeczy?;3
- N-nie wiem – cofała się przed nim, aż utknęła w kacie pokoju.
- Boisz się mnie?
- Nie.
- Ja ciebie też nie.
- Powinieneś.
- Wiem.
- Nie podchodź.
- Przecież się nie boisz – mrugnął do niej.
- Nie chcę, żebyś podchodził – wyjąkała lękliwie.
- Oh my. Brzydko pachnę? Mam tłuste włosy? Myłem zęby!;3
- Jesteś demonem!
- Tego nie zmienię.
- Nie przychodź do mnie więcej!
Zachichotał złośliwie.
- Oko Światła. Zabójczyni Shabranido. Zabij mnie.
- Nie podchodź!
- Zniszcz mnie. Jestem demonem. Śmiało.
- Nie podch...!
- Zmuś mnie.
- Proszę...!
Zatrzymał się tuż przed nią, ujął jej dłoń i przytknął ja do swego policzka.
- Proszę bardzo – szepnął i pocałował jej dłoń.
- Posłuchaj...
- Darowałem ci życie. Ty darowałaś życie mnie. To nie był przypadek, Słonko;3
- „Słonko”?!
- Tak nazywamy pieszczotliwie gwiazdę w wymiarze chaosu. Dla mnie nie jesteś Almanakh. Zabójczyni demonów. Jesteś moim Słonkiem;3.
- Powinnam...
- Ja również. Nie zrobię tego.
* *
Korytarze, korytarze, korytarze... Wojownicy, tu i tam. Kłaniali się, kłaniała się. Była szczęśliwa, zmęczona. Wśród przyjaciół czuła się... Mrugnął do niej. Co?!

http://www.angelfire.com/art2/chyu/images/xelyuki.jpg

- Verion?! Co ty tu robisz?! Zobaczą cię!!! Zabiją!!!...
- Chodzę gdzie chcę i kiedy chcę. Przychodzę do kogo zechcę, i ponoszę ryzyko, jakie tylko zapragnę ponosić. Po raz pierwszy ubrałem się w coś białego. Do twarzy mi?
- W białym stroju i fioletowych oczach?
- Czy istota o oczach zabójcy może być przystojna w najpiękniejszym nawet odzieniu?
- Istota o takim umyśle...
- Jakim, hm?;3
- Wahasz się.
- Mam jakiś wybór?;3 Jesteś tylko jedna, Słonko. Moja.
- Proszę cię, nie możesz tu zostać!... Oni cię zobaczą i...!
- Nie odejdę sam.
- Więc cię wypędzę!
- Oh my, wypędź mnie!;3 Zbesztaj!
- Oszalałeś!
- I co zrobisz obłąkanemu demonowi? Egzorcyzm, hm? Przyjmę każdy egzorcyzm... z twoich ust...

http://www.angelfire.com/art2/chyu/images/xelfiSI.jpg

- Nie... powinniśmy...
- Ja nie powinienem;3 To zbyt słodkie, zbyt urocze, zbyt piękne, za dużo pozytywnych uczuć, czuję się taki słaby, bezradny, brak... mi tchu... i kręci mi się w głowie... chyba zemdleję...
- Jesteś... jesteś...!!! Nie znam nawet słowa, które opisywałaby to, czym jesteś!!!
- Mniej gadania, Słonko, oto lekarstwo!
* * *
- O co chodzi?
- Te uderzenia...
- Uderzenia?
- W moich piersiach. Coś... uderza o...?
- To twoje serce, Verion.
- Serce bije w ten sposób?
- Tak. Zobacz. Posłuchaj mojego.

http://www.angelfire.com/art2/chyu/images/xelficom1.jpg

- ...to jest... cudowny dźwięk, Słonko. Chciałbym go słuchac codziennie. Zadbam o to, aby moje marzenie się spełnilo. Obiecuję. Jestem Kiharą Riona. Zawsze dostaję to, czego chcę.

...and I just want to know...
And who can hear those tiny broken hearts
And what are we to be….?
In my dreams I am lost
So far away from home
Why am I in the world
So far away from home
All my life
All the time
So far away from home
Without you
I will be
So far away from home…


* * *

Charlotte; Stajenny nawet nie protestuje, kiedy siodłasz konia. Po prostu mdleje i pada na ziemię w nie uprzątnięte końskie łajno.
Z tego co zdołał wyjąkać wnioskujesz, że minęło ponad 600 lat!
Na szczęście Icek mieszka w tym mieście, nie w Ditrojid.
Wyjeżdżacie na ulicę. Nocne ulice są opustoszałe, więc przejażdżka jest raczej przyjemna. Docieracie na ulicę kasztanową i uradowany Icek wskazuje ci swój dom. Chata jak chata, warsztat bednarza. Zatrzymujesz konia, Icek gna do drzwi i okrzykami budzi pół ulicy. Z domu wybiega uradowany mężczyzna, chłopiec rzuca mu się w ramiona.
- Tuś mi!!! Myślałem, że cię wilcy zjedli!!!
Po powitaniu syna, mężczyzna kłania ci się nisko raz za razem.
- Pani, błogoslawionaś, dzięki ci! Jeśli mogę się jakoś odwdzięczyć... Nie mam zbyt wiele, ale znalazłem kiedyś nad jeziorem dziwny przedmiot, miejscowy mag powiedział, że to cenny talizman! – wbiega do chaty, po czym wraca i wręcza ci niewielki, płaski kamyk.
Zauważasz wyryte na nim: IIIIV

Astaroth; ... Kissi nie jest opętany, nie jest demonem. Dlaczego wiec tak się zachowuje? Jest niespełna rozumu, ot co. Szkoda czasu dla takiego jak on...
Wskazujesz go palcem.
Kissi nieruchomieje, podskakuje w nagłej konwulsji. Z jego uszu zaczyna płynąc krew.
A potem dzieje się coś, co może cieszyć tylko demona.

Waldorff; Głowa Kissiego po prostu... Jak arbuz. Wybuchający arbuz.
Barbak; ...czegoś takiego dawno nie widziałeś. Zrobiło ci się bardzo niedobrze.
Ray`gi; ...odwracasz wzrok, z nadzieją, że nic cię nie ochlapało.
Kejsi;....świat... się... skończył...

* * *
Island at Night by =gucken on deviantART

Biała Gwiazda po raz kolejny wznosi się na nieboskłon.

romantic night by ~joshushund on deviantART

Astaroth; Zabierasz, co twoje, i ruszasz dalej.

Desert Sunset by ~ahff on deviantART
Wita cię nowy dzień.

Świątynia Przybycia jest teraz Świątynią Abazigala. Na piaskach pustyni stoi wielka budowla otoczona wałem chroniącym przed piaskami. Wybudowano ją zapewne na ruinach dawnej świątyni. Jako pielgrzym udajesz się do wnętrza świątyni. Twoja chimera człapie za tobą, o dziwo jej obecność, choć wzbudziła zainteresowanie, nie wzbudziła paniki. Poza tym zwierzak zachowuje się grzecznie, poza tym, że czasem stroszy pióra na głowie.
Hmmm ta świątynia jest ci zupełnie obca. Udajesz się do podziemi. Tu wcale nie jest lepiej.

Temple corridor by ~sifu on deviantART

Korytarz kończy się ślepo, dalej jest zamurowany. Obszedłeś już całą świątynię i nie znalazłeś pomieszczeń, w których byłeś wcześniej.
 
__________________
I never cared before I met you

***Your Exel is my command! *** xD

Ostatnio edytowane przez Almena : 04-14-2008 o 21:21. Powód: lol Kej zabiję !:D
Almena jest offline