| Aaron
Odgłosy walki zbliżały się coraz bardziej. Wydawało się nawet, że zaczynają cię otaczać. Wiedziałeś, że długo nie dane ci będzie tak leżeć we względnym spokoju. I nagle, jak gdyby znikąd i zewsząd jednocześnie, usłyszałeś głos Sarilo: "Aaron biegnij ile masz pary w łapach do okrętu, robi sie nie ciekawie." Takiego ostrzeżenia nie sposób zignorować. Zdałeś sobie sprawę, że najwyższy czas uciekać.
Sarilo, Haku, Konfor
Zgodziliście się, że najrozsądniej będzie uciec do "Okrętu". Ruszyliście więc, ile tylko mieliście pary w nogach, do jedynego miejsca, którego uznaliście za bezpieczne. Avenzuz odwrócił się tylko jeszcze na chwilę, by uderzyć goblinopodobne stwory potężnym strumień ostrych jak brzytwy liści. Nie mieliście jednak czasu, by podziwiać efekt zaklęcia, ponieważ gigantyczny troll właśnie przeszedł przez cały rynek w trzech krokach i zmierzał prosto na główną ulicę, którą biegliście. Staraliście się nie zatrzymywać, choć było to dość trudne, zważając na liczne przeszkody na drodze. Wiele domów płonęło, niektóre zdążyły się już rozpaść na kawałki. Na ulicy leżały więc stery gruzu, gdzieniegdzie rozwalono bruk i zrobiono dziury, nie mówiąc już o połamanych drzewkach i porozrzucanych wszędzie sadzonkach z przydomowych trawników. Cały czas drogę przebiegał jakiś potwór, albo przerażony mieszkaniec miasta. Trochę już zmęczeni spojrzeliście w nieco wyżej przed siebie. Dopiero teraz zauważyliście cztery postacie w długich ciemnych szatach, unoszące się wysoko ponad dachami. Wyglądali jak straszliwe upiory, albo wampiry, które właśnie szykują się do ataku.
- To oni! Ci z karczmy! - wrzasnął Haku.
Tajemniczy mężczyźni unosili się nad budynkami i co raz strzelali ognistymi kulami na lewo i prawo.
- Wyłaź, wyłaź Hakuru! Wyłaź, albo spalimy to miasto, deska po desce!!! - krzyczeli. Byli wyraźnie wściekli i zniecierpliwieni, ale niszczenie sprawiało im dużą przyjemność.
- Tak się nie będziemy bawić! - odezwał się jeden z nich. Uniósł wysoko ręce i wykrzyczał jakieś dziwne słowa w groźnie brzmiącym języku. Niebo rozjarzyło się czerwienią, zupełnie jakby nagle wzeszło słońce. Chmury zbiły się i utworzyły coś w rodzaju wiru, który zaczął "wypluwać" ogniste kule. Był to istny deszcz meteorytów. Potężne "krople" spadały z ogromną szybkością prosto na miasto, siejąc straszliwe spustoszenie. Pożoga pochłonęła już niemal całe miasta. Nagle zdaliście sobie sprawę, że jeden z meteorytów leci prosto na was. Sparaliżowani strachem patrzyliście na zbliżającą się zagładę, gdy nagle ognista kula rozjarzyła się błękitem i zniknęła. Zdezorientowani, rozejrzeliście się dookoła. Nie mogliście jednak nigdzie wypatrzeć waszego wybawcy, więc puściliście się pędem dalej, do "Okrętu". Po drodze zdaliście sobie sprawę z tego, że "upiory" gdzieś zniknęły. Parę minut później byliście już na miejscu. Pchnęliście mocno drzwi domu, jednak - ku waszemu głębokiemu zdziwieniu - były zamknięte. Wciąż ponaglani szalejącym dookoła zniszczeniem, nie mieliście czasu by się na tym zastanawiać. Wzięliście lekki rozpęd i dosłownie wbiegliście w drzwi, które zatrzeszczały głośno i zgięły się wpół. Wpadliście do środka. Po chwili zdaliście sobie jednak sprawę, że coś jest nie tak. Pokój, w którym byliście, był zupełnie inny niż przedpokój "Okrętu". Wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Rozejrzeliście się po domu i z przerażeniem stwierdziliście, że to nie jest "Okręt". |