Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 05-01-2008, 20:49   #25
Smoqu
 
Smoqu's Avatar
 
Reputacja: 2 Smoqu jest na bardzo dobrej drodze
$: 29 725
Rozglądanie się po okolicy w poszukiwaniu zagrożeń skończyło się wypatrzeniem wśród bujnej roślinności potwora z wielkimi zębiskami i jeszcze większymi uszami w kolorze szarym (albo popielatym). Turgas niewiele myśląc przystąpił do wyeliminowania zagrożenia i odstrzelił szaraka, który przyczaił się za kępą trawy, żeby przeczekać kawalkadę, która ciągnęła traktem.

"Będzie na kolację" - pomyślał zadowolony, trocząc zdobycz do siodła.

Znów, po kilkunastu dniach spędzonych w mieście, był w drodze. Musiał jednak przyznać, że teraz wyglądało to lepiej, dużo lepiej, niż przed przybyciem do Bogenhofen. Przede wszystkim miał wierzchowca, więc nie musiał zasuwać na własnych nogach. Po drugie, nawet nie musiał zapłacić za tę chabetę, gdyż świątynia mu ją wypożyczyła. Po trzecie, miał pracodawcę, który zapewniał mu żołd. Niestety, nie wszystko było idealnie. Razem z nimi podróżowały jeszcze inne osobistości, których twarze były dobrze znane dla półorka, bo widywał je prawie codziennie w karczmie, gdzie wszyscy nocowali. Jednak nie było wiadomo, na co je stać. Na podstawie obserwacji z karczmy i miasta można było snuć pewne domysły, ale były to tylko domysły.

Spojrzał krytycznym wzrokiem na osoby jadące przed nim. Szyk ustalił się jakby mimowolnie. Na czele Walnar, za nim dwie elfki, następnie Turgas i na końcu następny elf. Gwardzista z pewnym zakłopotaniem stwierdził, że nie kojarzy nawet imion podróżujących z nim osób.

"Cóż, może będzie okazja przy najbliższym popasie"

Czarny Rycerz chciał co prawda, żeby najemnik jechał niedaleko niego, ale po lekkiej sugestii, że tyły też należy pilnować, nie oponował, gdy ten zajął miejsce w tyle oddziału. Stąd miał dobrą pozycję, aby poobserwować towarzyszy podróży.

Jadąca za Walnarem elfka (a może półelfka) zachowywała się, jakby miała jakieś problemy egzystencjonalne. Przypomniał sobie fragment rozmowy, który usłyszał pomiędzy nią, a swoim pracodawcą w karczmie. Poddawała w wątpliwość praktycznie każde jego stwierdzenie, obnażając bezlitośnie każdą nieścisłość. Czyniła to jednak w tak zawoalowany sposób, że Walnar sam się zamotał w odpowiedziach, próbując odeprzeć/rozwiać jej wątpliwości. Bez wątpienia trzeba było na nią uważać i chronić Walnara, bo gotowa była przez taką "niewinną" rozmowę podważyć jego wiarę. Tym bardziej, że nie można było stwierdzić, czym się zajmuje. Sądząc z ubrania i wykształcenia, nie była ona raczej żadnym wojownikiem. Turgas nie zauważył również żadnego symbolu bóstwa, więc pewnie też nie kapłanka. Mogła więc studiować magię, tylko nie wiadomo, jaką szkołę. Ciężki orzech do zgryzienia.

Za nią jechała El Saline, której wyposażenie zdradzało, że wie, jak obchodzić się z orężem. W każdym razie miecz u jej boku wyglądał imponująco. Jednak po chwili obserwacji wprawne oko dostrzegło, że są to tylko pozory. Miecz był przesunięty zbyt do tyłu tak, aby nie przeszkadzać w jeździe, ale w tym położeniu nie było możliwe natychmiastowe jego dobycie. Żaden wyszkolony wojownik nie pozwoliłby sobie na taką nonszalancję na szlaku. W tym momencie gwardzista sprawdził, czy jego szabla lekko wychodzi z pochwy i poprawił lekko jej ułożenie na plecach. Więc musiała zajmować się czymś innym, tylko czym?

Za Turgasem jechał elf, który na pewno zajmował się magią. Lekka broń, którą miał pod szatą, ubranie niekrępujące ruchów i mnóstwo woreczków z różnymi komponentami przy pasie natychmiast zdradzały, czym się zajmuje.

"No to pięknie. Mamy dwie lalunie, które nie wiadomo, czym się zajmują i elfa maga. Mam nadzieję, że potrafi rzucić jakiś sensowny czar. Przedszkole. Jak przyjdzie co do czego, to pewnie wszyscy schowają się za plecy moje i Walnara, i będą dopingować. A jak im się nóżka albo cztery litery obetrą, to przylecą, żeby ich uzdrowić."

Twarz półorka wykrzywił grymas dezaprobaty. Może to było spowodowane przemyśleniami na temat współtowarzyszy podróży, a może po prostu reakcja na coraz mocniej prażące słońce. Pogoda znów była piękna (zależy dla kogo). Bezchmurne niebo o kolorze czystego błękitu zapowiadało następny upalny dzień. Dla Turgasa oznaczało to gotowanie się w zbroi, którą miał na sobie. Zrezygnował jedynie z założenia hełmu, aby lepiej widzieć i słyszeć wszelkie zagrożenia. Tym niemniej kirys na pewno rozgrzeje się i nie będzie przyjemnie. Na szczęście prowadzący stawkę zdawał sobie z tego sprawę i korzystając z tego, że powietrze jeszcze się nie nagrzało i słońce dopiero wschodziło, pogonił konia do galopu, aby jak najszybciej dojechać do widocznej w oddali linii lasu. Tam, w cieniu, słońce nie będzie tak uciążliwe, jak na otwartym polu. Po pewnym czasie dojechali do pierwszych drzew i z ulgą schronili się w ich cieniu. Kapłan rzucił okiem za siebie, na otwartą przestrzeń, nad którą powietrze zaczynało już powoli falować mocno podgrzewane przez letnie słońce. Zauważył jeszcze tylko postać samotnego jeźdźca, który właśnie wyjechał z miasta i skierował się tym samym traktem, który oni mieli już za sobą, po czym wjechali pod sklepienie lasu. Droga na początku była nawet szeroka, ale dość szybko przeistoczyła się w ścieżkę, musieli więc jechać pojedynczo. Najwidoczniej droga do Kurta nie była zbyt uczęszczana.

Podróż minęła bez specjalnych przygód. Elfowi udało się upolować jeszcze jednego zająca, więc zapowiadało się, że na kolację nie będą musieli uszczuplać swoich racji żywnościowych.

Pod koniec dnia dojechali do polany, gdzie można było dostrzec ślady poprzednich obozowisk. W pobliżu szemrał strumy wśród traw, idealne miejsce na obozowisko. Czas również był odpowiedni, gdyż cienie mocno już się wydłużyły, a słońce już zniknęło za drzewami.

Rozbijanie obozu zapowiadało, że nie będzie jakiegoś wybitnego zgrania w kompanii. Nikt się nie kwapił do pomocy innym, ani do zorganizowania wspólnego i zorganizowanego noclegu. Każdy sobie, ale czego tu się można było spodziewać, skoro dwie z pięciu osób okazało się być szlachcicami, zaś pozostała trójka wcale nie chciała im usługiwać.

Turgas dziarsko zeskoczył z wierzchowca i nim się zajął w pierwszej kolejności. W końcu od jego kondycji mogło zależeć w przyszłości życie gwardzisty, więc utrzymanie go w dobrym stanie leżało w jego żywotnym interesie. Sprawnie rozsiodłał konia i wytarł wiechciem trawy spoconą po całodziennej jeździe sierść, po czym poprowadził go do strumienia i po sprawdzeniu temperatury wody, dał mu się napić z małego zakola, gdzie była ona cieplejsza. Gdy zwierzę napiło się do syta i zaczęło rozglądać za obrokiem, spętał mu przednie nogi, aby za daleko nie odszedł i puścił wolno na trawę. Po zajęciu się koniem przystanął na chwilkę, aby spojrzeć, jak radzi sobie reszta wesołej kompanii. Każdy zrzucił swoje rzeczy w osobnym miejscu, więc wyglądąło na to, że będzie pięć obozów, a nie jeden. Walnar właśnie próbował rozebrać się ze zbroi, ale najwyraźniej jeden z pasków się zaklinował pomiędzy blachami i rycerz właśnie okręcał się wokół własnej osi próbując go uwolnić. Turgas podszedł do niego i mruknął:

- Pozwól, że Ci pomogę.

Okazało się, że pomoc była niewielka, gdyż jak tylko człowiek przestał sięgać lewą ręką pod prawe ramię, wyginając się przy tym niemiłosiernie, blachy rozsunęły się i pasek sam wypadł. Tym niemniej Turgas sprawnie poluzował resztę troków i zdjął pancerz przez głowę czempiona.

- Widzę, że masz namiot. Zróbmy najpierw porządek z ogniskiem, a później pomogę Ci go rozstawić.

Sam sprawnie zrzucił z siebie kirys i w samej koszulce kolczej oczyścił krąg pomiędzy kamieniami i kawałek dookoła, aby nie zapruszyć ognia, po czym ruszył do lasu po chrust na ognisko.

- Przynieście grubsze gałęzie, nie będziemy potrzebować rozpałki - krzyknął jeszcze za nimi elf, krzątający się wokół swoich rzeczy.

- A wy przynieście cieńsze, żebyście się nie przedźwigali - odkrzyknął półork, uśmiechając się przy tym ironicznie.

Zebranie drewna na noc poszło szybko, w końcu byli w lesie. Turgas przytargał nawet jakąś niewielką sosnę (właściwie sosenkę), która została przewrócona w czasie zimy i doleżała do tej pory. Ostatnie ćwiczenia pod okiem El Tornado wyszły mu na dobre. Przedtem pewnie nieźle by się spocił, żeby przeciągnąć przez lat ten kawałek drzewa, a teraz poszło mu to dość sprawnie i tylko oddech troszkę przyspieszył.

Elf wiedział, co mówi. Razem z Turgasem ułożyli ognisko, zaś później podpalił je używając magii. Płomienie wesoło zaczęły skakać po brewionach i po chwili paliły się już pełnym ogniem.

Walnar w tym czasie zaczął już rozkładać namiot i, ku zdumieniu gwardzisty, El Saline nawet mu w tym pomagała. Przynajmniej maszt trzymała prosto, aby rycerz mógł ponaciągać poły.

"Może coś od niego chce?"

Można się było zająć zającami. Turgas oprawił swojego z grubsza, bo był już głodny po całym dniu jazdy. Z zainteresowaniem stwierdził, że oprawianie ich jest całkiem podobne do obdzierania ze skóry ofiary na torturach. Tylko tutaj nie trzeba było się martwić, że delikwent zejdzie przedwcześnie. Szybko zmajstrował prymitywny rożen i upiekł oprawionego zająca. Smakowity zapach rozszedł się po okolicy zwabiając kręcących się wokół do ogniska. Podczas kolacji została ustalona kolejność wart. Turgas miał objąć pierwszą, po nim zaś Walnar.

Po kolacji gwardzista przygotował sobie jeszcze posłanie, uporządkował rząd koński, sprawdził zbroję i broń, oraz oporządził porządnie konia przed jutrzejszym dniem. Sprawdził mu kopyta, czy aby któraś podkowa się nie obluzowała, wyszczotkował go porządnie, zwracając szczególną uwagę na grzbiet i miejsce, gdzie biegł popręg. W tych miejscach najłatwiej było o obtarcie lub odparzenie, które mogły uniemożliwić pełne wykorzystanie możliwości wierzchowca w momencie zagrożenia. Korzystając jeszcze z chwili, kiedy nie musiał stać na warcie, poszedł do strumienia, aby wymoczyć nogi. Nigdy nie było wiadomo, kiedy będą musiały go znów ponieść do celu.

Powoli towarzysze układali się do snu, zaś gwardzista założył zbroję i przygotował się do wartowania. Jak zwykle nie zakładał hełmu, by lepiej widzieć i słyszeć wszystko, co się działo w pobliżu. Po chwili równe oddechy poinformowały go, że reszta smacznie śpi.

Warta przebiegła spokojnie. Turgas przesiedział ją przy ogniu, kilkukrotnie wstając i obchodząc obozowisko dla odpędzenia snu. Pod jej koniec, ze sterty tobołków, które było legowiskiem tajemniczej półelfki usłyszał ciche ziewnięcie i zauważył wpatrzone w siebie, zaspane oczy, które szybko odzyskały pełnię blasku i świadomości. Kathryn wstała i podeszła do ognia, kucając w pobliżu półorka. Po dłuższej chwili milczenia nawiązała się między nimi rozmowa.

...

Wciąż wzburzony kapłan poszedł obudzić Walnara na jego wartę. Poczekał, aż rycerz będzie w pełni gotowy i pomógł założyć mu zbroję. Po czym pożegnał swoją rozmówczynię i pozbywszy się z ulgą pancerza, ułożył się na swoim posłaniu. Po chwili spał już czujnym snem podróżnika z nieodłączną szablą pod ręką.

Rano zerwał się skoro świt, gdyż poranki były chłodne. Szybko się umył w strumieniu, bardziej dla przegonienia resztek snu niż higieny, dał koniowi obroku, a sam zjadł zimne już pieczyste z poprzedniego wieczoru. Czarny Rycerz wstał jeszcze wcześniej od Turgasa i teraz zwijał już swój namiot i przygotowywał konia do siodłania. Gwardzista zwinął swoje legowisko i również osiodłał swojego wierzchowca trocząc wszystko do siodła. Jednak nie dosiadał go jeszcze, gdyż wiedział, że i tak nie odjadą bez pozostałych.

Gdy wszyscy byli gotowi, wskoczył na siodło i ustawiając się na swoim miejscu w szyku ruszył za Walnarem ...
 
Smoqu jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem