Był taki okres, kiedy grywałem tylko i wyłącznie w D&D/FR. Powody takiego stanu rzeczy były różne, w tym przede wszystkim niemożność zorganizowania zabawy w innym systemie. W ciągu dwuletniej znajomości z "Lochami..." odgrywałem przedstawicieli rozmaitych ras i "nacji" (w tym na wskroś sztampowych): ludzi, krasnoludy, elfy, półelfy, wampiry, bariaury oraz epizodycznie blaszanego modrona. Jednak żadna z nich nie wzbudziła we mnie takiej dozy sympatii jak tieflingi. W mej subiektywnej opinii mogę stwierdzić, że na ich przykładzie idzie w genialny sposób pokazać tragizm jednostki w świecie herosów. Już sam ich chaotyczny charakter (którego odgrywanie bardzo przypadło mi do gustu) umożliwia uwypuklenie wewnętrznej walki o określenie formy naszego bohatera - od urodzenia rozpiętego między dobrem a złem, biernością a żądzą działania, zrezygnowaniem i agresją, strachem i pewnością siebie itp. W świecie, w którym panują sztywne szablony cnoty i podłości, diablęta są outsiderami, istotami budzącymi nieufność zawsze i wszędzie. Ba, "mój" tiefling o imieniu Kythylion stał się pewnego rodzaju buntem przeciw schematyczności D&D - bo ni to istota dobra i skłonna do poświęceń, ni podła do samego szpiku kości. Jednocześnie podejmowane przez niego działania w sposób nieubłagany zmuszają go do pogodzenia się ze swoim kontrastowym dziedzictwem. Bo nawet jeśli diablę pogrąży się w swoim jednostronnym wyborze, to i tak ta druga, odtrącona część będzie o sobie bezustannie przypominać... Dlatego też tieflingi jawią mi się jako wielcy zagubieni w świecie niezrozumienia, który jednak ustawicznie napędzają swoją hiperboliczną postawą bądź rozpaczliwą biernością.
Poza tym owa rasa wiąże się z Planescapem, jednym z moich najbardziej ukochanych światów RPG

.