Cread usiadł w swoim pokoju. W normalnych okolicznościach spożytkowałby wolny czas na badania nad czarami, tudzież zamianą jakiegoś bibelotu w przydatny przedmiot magiczny. Niestety, obecna sytuacja odbiegała od zwyczajowej normy.
Mag poświęcił swój czas kontemplacji. Myślał o wszystkim. O tym, jak bezmyślnie postąpił, rzucając zaklęcie. O tym, że jeszcze większą głupotą w takiej sytuacji było przyznanie się do swojego postępku. Może gdyby rozmawiał z przedstawicielem innej rasy byłoby to dobre. Ale krasnoludy są…
Po raz pierwszy od wielu lat Cread powstrzymał się od myślenia. Po prostu nie było sensu roztrząsać tematu, tak samo jak nie było sensu zostać w tawernie.
Co dziwne, mag nie czuł specjalnego smutku. Oczywiście, było mu przykro, iż sprawy obrały taki a nie inny obrót, ale nie można tego było nazwać jakąś szczególną rozpaczą. Być może jakaś dziewica na jego miejscu skryła by głowę w poduszce i zaczęła płakać. Jakiś półork w takiej sytuacji mógłby zniszczyć pół pokoju, a anonimowy krasnolud utopiłby smutek i dyshonor w pokaźnej beczułce. Być może. Cread nie posiadał takiej wiedzy.
Nie mogąc myśleć o krasnoludzie, skupił się na świątyni. Tak naprawdę nie miał żadnego dowodu na to, iż coś się tam działo. W swej głupocie nie pomyślał o tym, by sprawdzić, czy Tunaster naprawdę jest kapłanem. Mógł być przewrażliwionych chłopem, bojącym się nowości. Szpiegiem Cyrica, który chciał zniszczyć światynię, wysyłając poszukiwaczy przygód. Mógł nawet być kapłanem wydalonym ze służby, który postanowił się zemścić na świątyni. To by pasowało do jego zachowania. Strach przed kapłanami, to, czemu zaczął uciekać. Przecież on pierwszy uciekł, dopiero wtedy kapłani zaczęli go gonić. A jeśli coś zniszczył (przypadkowo lub nie) i wstyd go do tego zmusił? Możliwości mogło być wiele. Wielka szkoda, ze Cread wykrył myśli współtowarzysza zamiast zleceniodawcy. To by pomogło.
Zresztą, cała historia była niedorzeczna. Mieli kilka strzępków „prawdopodobnych” informacji i na ich podstawie próbowali wybudować jakąś teorię. Co ma wspólnego świątynia z myśliwym?
A wizja? Czy można tak w ogóle nazwać ten dziwny sen? Przecież mógł być snem jak każdy inny, a Cread po prostu wziął go za wizję. Oczywiście, mogła być prawdziwa. Jednak nie było co do tego pewności. Mag miał zdolność tłumaczenia prostych zjawisk w jak najbardziej skomplikowany i niejasny sposób, nie dostrzegał zaś najprostszych rozwiązań.
Mimo wszystko w wizji pojawił się elf i krasnolud. Choć, gdy teraz Gryf nad tym pomyślał, wszystko zaczęło mu się układać w głowie.
Wizja składała się tak naprawdę z podświadomym obaw i wizji prawdziwej. Pierwsza część była urzeczywistnieniem podświadomym obaw Gawryna co do pozycji kościoła Deneira w regionie. Tak bardzo chciał, by jego świątynia przetrwała, iż czy tego chciał czy nie, pragnął w głębi duszy, by wyznawcy Mystry okazali się złymi ludźmi, chcącymi zniszczyć wszystko, czego dotkną. W ten sposób jego psychika znajdowała w sobie siłę, wiarę, iż kult Deneira przetrwa. Drugą częśc snu była prawdziwą wizję. Odnosiła się ona do poszukiwań myśliwego i tego, jakie będą stosunki maga z elfem i krasnoludem. Po prostu umysł Creada nieświadomie w połowie snu zaczął wróżyć. U wieszczów (zwłaszcza tych potężnych) zdarzało się to stosunkowo często.
Ot, proste wytłumaczenie „spisku Talosytów”.
Zaspokoiwszy palącą potrzebę myślenia oraz wyjaśnienia zaistniałej sytuacji, mag chwycił pierwszą lepszą książkę i zagłębił się w lekturze
„Zwierząt dużych i małych w gospodarstwie” ~*~
Gryf poczuł się lepiej. Dowiedział się tego i owego o swoich przyszłych, potencjalnych Chowańcach. Mimo wszystko cała sprawa wykrycia myśli i Galeda nie dawała mu spokoju. Wewnętrzna część duszy, zwana sumieniem, kazała mu udać się do miasta i poszukać krasnoluda, by porządnie przeprosić. Choć tyle mógł zrobić. Wyszedł z pokoju, dla bezpieczeństwa zabierając kilka drobiazgów. Nie było tego wiele- zaledwie dwie śnieżnobiałe perły rozmiarów kciuka, mające w sobie krztynę błękitu, przymocowane za pomocą skórzanych pasów do nadgarstków maga. Ich prawdziwa wartość nie kryła się w materii, z której były stworzone, lecz magii, która z nich biła. Za ich pomocą Gawryn mógł przywołać już rzucone zaklęcia ponownie do swego umysłu, by użyć ich ponownie. Wprawdzie moc pereł nie starczała, by odnowić zużyte już wykrycie myśli, ale dla czarów pierwszego kręgu były wręcz idealne.
Miejscem, w które się skierował, była karczma „Pod Brzozą”. Możliwe ( a nawet prawdopodobne, znając krasnoludy) iż mężczyźni dalej w niej siedzieli.
Zanim wszedł do karczmy, Cread poczynił odpowiednie środki ostrożności. Akurat do budynku wchodziła spora grupa mężczyzn. Zakładając kaptur swego płaszcza tak, by zasłaniał mu twarz i modląc się do Deniera o powodzenie, mag wtopił się w grupę.
Oczywiście, jedyne wolne miejsca o tej porze znajdowały się blisko Galeda. Prawa Merpthego Smętnego doskonale się odnajdywały w sytuacjach towarzyskich…
W chwili, kiedy mag usiadł, Lathandis zaczął rozmowę z Amnickiem. Gryf zakrztusił się z wrażenia piwem, które zamówił dla niepoznaki. Myślał, że rozwiązał zagadkę świątyni. Jednak nagłe pojawienie się osoby, która zaginęła i (wedle słów elfa) miała jakichś związek z świątynią akurat dziś, kiedy tropiciel był w świątyni, było podejrzane. Wręcz nieprawdopodobne. Mężczyzna dokonał szybkiego rachunku w głowie. Musiał działać. Schylił się pod stołem i wyszeptał inkantację:
Moc widzenie tego, co ukryte przed wzrokiem śmiertelnych
Stworzone z Pani Tajemnic, naznaczone jej ciałem
Ty, w którym siła ma i chwała mych czynów
Obdarz mój wzrok, umysł mój potęgą
By ujrzeć promienność dzieł mych braci.
Wykrycie magii
Następnie mag odwrócił się w stronę „Amnicka”. Jeśli miał rację, był to kapłan ze świątyni, który za pomocą magii iluzyjnej zmienił swój wygląd.
Ale jeśli się mylił…
Większość ludzi nie popełnia dwa razy tego samego błędu. Cread mógł znaleźć się na liście niechlubnych wyjątków.