Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 05-12-2008, 19:33   #170
abishai
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 5 abishai ma w sobie cośabishai ma w sobie cośabishai ma w sobie coś
$: 250 898
Siedziba Small Business Association , 04:32 p.m.


- Detektyw Ambers – tu kiwnął głową – Przejdźmy zatem do rzeczy. Tropy w sprawie, którą zajmuje się obecnie nowojorska policja wskazuję, że na organizowanej przez pańską firmę imprezie VampirConie, mogą pojawić się podejrzane przez nas osoby. W związku z tym, chciałbym poinformować, iż na miejscu będzie policja. Prosiłbym także o możliwe zwiększenie liczby ochroniarzy i baczniejsze przyglądanie się wszystkiemu co dzieje się dookoła. Potrzebuję także informacji o większości szczegółów dotyczących VampirConu i jego organizacji. Ewentualny telefon do firmy ochroniarskiej uprzedzający o moim przybyciu i uprawniający mnie do dowiedzenia się czy konsultowania szczegółów także znacząco ułatwiłby nam akcję. Sprawa jest naprawdę poważna – podkreślił ostatnie zdanie.
- S.B.A. nie wystawi dodatkowej ochrony ze względu na koszty. Jeśli pan lub nowojorska policja wyłoży pieniądze na ich wynajem to nie widzę problemu. Ale stowarzyszenie ma wyznaczony budżet na tą imprezę. Ściśle określony budżet, muszę dodać. I każdy niespodziewany wydatek może nim zachwiać. - rzekł Slopovitz.-. Tak się zawsze składało, iż jeśli policja obstawiała jakąś imprezę masową to przesyłała do nas informujące o tym pismo, oraz wysyłała oficjalnego koordynatora do zatrudnionej przez nas firmy ochroniarskiej. Pismo z XIII wydziału policji dotarło do nas dzisiaj rano... Natomiast pańska wizyta jest co najmniej, zaskoczeniem. Co prawda nie jest to moja sprawa, ale tak z ciekawości, pan ma w ogóle doświadczenie w ochronie imprez masowych?
Po otrzymaniu odpowiedzi dodał.- Nie sądzę jakaś akredytacja z naszej strony była konieczna, lub też pomocna. Choćby z tego powodu, że nigdy takiej nie wystawialiśmy... Poza tym. Vampircon ochrania firma polecona przez zarząd hotelu i poprzez zarząd hotelu negocjowane były warunki umowy między S.B.A. a nimi. Osobiście ich nie znam. Co do szczegółów imprezy, przy wyjściu sekretariatu są szczegółowe ulotki reklamowe dotyczące poszczególnych wydarzeń na tej imprezie, proszę pamiętać o zniżkach rodzinnych.

"Lucky Clover pub", 6:40 p.m.



-Znałem tego Japończyka – gdy De Luca wypowiedział te słowa, przykuł uwagę najbliższego otoczenia.
-Właśnie zaczął robotę, nie ma to jak świetny pierwszy dzień. A potem znowu pojawimy się wszyscy na pogrzebie, w galowych mundurach. Na ulicach, będzie można zobaczyć policjantów z czarną opaską przepasającą ich odznaki. – wyrzucił swe żale De Luca, a trzej policjanci pokiwali tylko głowami... Bo cóż innego mieli zrobić lub powiedzieć.
Słowo „współczuję” wydawało się być strasznie wyświechtanym frazesem.
-Codziennie narażamy nasze życie, a czy spotyka nas za to wdzięczność? Cholera oni nas nawet nie lubią, są dla nas mili, tylko kiedy czegoś potrzebują – kontynuował wylewanie żali De Luca.
- Wina bezstresowego wychowania. Dzisiejsza młodzież nie ma szacunku dla munduru. Nie to co gangsterzy starej daty... Wtedy istniała etyka zawodowa.- rzekł tonem fachowca policjant o imieniu Frank.
De Luca wymamrotał coś pod nosem, a współrozmówcy nie próbowali się dopytywać co mówił. Zaś normalniejszym tonem dodał.-Trzymajcie się-

"Lucky Clover pub", 7:35 p.m.


Drink za drinkiem...Umysł mącił nadmiar alkoholu. Nikt znajomy nie wpadał, a ponure myśli najwygodniej było zalać.
Tymczasem do baru weszła sylwetka którą Chris by się najmniej spodziewał... To znaczy się spodziewał, ale nie tak wcześnie. Może za 60 lat, ale nie teraz!

Czarna szata, kosa, i czaszka zamiast głowy...Śmierć we własnej osobie. Przysiadła się do stolika De Luci. Nie wzbudzając jednak wielkiego zamieszania. Nie widzieli jej?
- Kim jesteś?- wybełkotał
- Nie widać? Śmiercią...- w głosie istoty, który nie brzmiał zbyt grobowo, słychać było rozbawienie.
- Przyszłaś ...po... mnie?- alkohol we krwi, a właściwe jego nadmiar powodował, że trudno mu było ubrać myśli w słowa. A i myśleć było trudno.
- Nie... Podają tu całkiem niezłe zapiekanki, choć donuty jadłem już lepsze.- rzekł Śmierć z rozbawieniem w głosie.
- Jak jest po drugiej ... stronie?- spytał Chris.
- Ciężko... Casting ostry, ale może mnie wybiorą.- rzekł Śmierć.
- Wybiorą?- zdziwił się De Luca.
- No, teraz typowe personifikacje Śmierci nie są w modzie, a słyszałem że Anielica Śmierci ma chody u szefa. Podobno z nim się przespała. Głupie równouprawnienie.- narzekał Śmierć.- A gdzie poszanowanie tradycji?!
- Kiedy umrę?- to pytanie De Luce wydawało się bardzo właściwe, choć bał się nieco odpowiedzi.
- Nie wiem...Czy ja wyglądam na lekarza? – rzekł pospiesznie Śmierć.- Chociaż, sądząc po ilości pustych kieliszków...Jutro czeka cię agonia.
- Co podać?- barman podszedł do Śmierci jak gdyby jej widok nie robił na nim wrażenia...Stały klient ?
- To co zwykle... Spieszy mi się nieco, więc mógłbyś się z tym streszczać. W mojej robocie jest ostra konkurencja! Nie chcę pogrzebać szansy na angaż przez zwykłe spóźnienie.-chyba Śmierć jednak był stałym klientem.
- Sie robi.- rzekł barman, a De Luca zauważył, że żuchwa Śmierci się nie porusza, nawet gdy mówił... Ale Chris był zbyt pijany by móc kojarzyć fakty.
Później film się urwał... I Chris pamiętał jedynie wyrywki. Pamiętał, że był niesiony, pamiętał że słyszał głos wujka Damiana, dziękującego komuś za pomoc...Pamiętał, że widział Śmierć pochylającą się nad nim...Pamiętał wtedy, że spytał.- Idę do nieba czy piekła...?
- To zależy, czy od tego czy masz żonę. Jeśli tak, to chłopie, czeka cię prawdziwe Piekło.- rzekł żartobliwym tonem Śmierć.

11.X.2007; mieszkanie Christophera De Luci; 7:00 a.m


- Witaj New York, tu NYFM wasza poranna stacja! – Każde słowo z radiobudzika wwiercało się w czaszkę Chrisa wywołując olbrzymi ból. De Luca czuł się fatalnie... Nie mógł skupić myśli, światło raziło wzrok. Czaszka pękała z bólu...Wiedział, że wczoraj przesadził z piciem...W dodatku wspomnienia z wczorajszego dnia, były...dziwne. Chwiejnym krokiem udał się do łazienki. Spoglądając w lustro zobaczył rozczochrane blade zombi w pomiętej koszuli i spodniach. A więc ktoś go przywiózł do domu i wpakował do łóżka. Ktoś mu przyjazny, gdyż idąc do łazienki Chris nie odnotował, żadnych śladów kradzieży.

Mieszkanie babci Marie, 08:00 p.m.

- Nicole kochanie.- rzekła zmartwionym babcia Marie na widok swej wnuczki.- Ubieraj się cieplej...To już jesień.
A gdy Niki zaniosła zakupy do kuchni, babcia Marie zaczęła rozkładać talerze na dwie osoby. Wkrótce kolacja była gotowa.
- Nicole, do pani MacGarrison ma przyjechać z Bostonu, jej syn . Pracuje w agencji nieruchomości, jest przystojny, grzeczny... Dobrze mu się powodzi. Może pokazałabyś mu Nowy York jak przyjedzie?- rzekła babcia Marie przy posiłku. Wzorem wielu starszych ludzi, starała się wyswatać swoją wnuczkę z wyszukaną przez jej sąsiadki dobrą partią. A gdy otrzymała odpowiedź o Niki, zapytała.- Jak ci się powodzi Nicole? Wydajesz się nieco smutna. Stało się coś...nieprzyjemnego?
 
__________________
"Nieważne jak człowiek wygląda, ważne co ma w czaszce"-cytat z ilithidzkich ksiąg mądrości.

Ostatnio edytowane przez abishai : 05-14-2008 o 17:44.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem