| Wyszemir
Starzec zamarł przerażony. Czuł, że jego mistrza już z nim nie było, jednak nadal bał się, jakby najmniejszy ruch mógłby sprowadzić go z powrotem. – „Za dużo lekkomyślności jak na jeden wieczór, za dużo…” – spojrzał na młodą i piękną acz umorusaną kobietę niezdającą sobie w ogóle sprawy z zagrożenia, jakie nad nią zawisło. Wyszemir zacisnął mocno pięść i w duchu postanowił, iż nie da skrzywdzić Serafin. –„Tym razem nie wygrasz. Koniec już jest bliski, czuję to.”
- Wyszemirze - odezwał się Johann - Uporaj się z tym oknem. Tylko nie podpal wszystkiego! Ja przysunę te skrzynie, będzie nam łatwiej się wspinać. Tylko szybko!
Zielarz popatrzył bezradnym wzrokiem na towarzysza, sprawiając wrażenie jakby nie zrozumiał nic a nic z tego co rzekł mu Johann. Rozejrzał się nerwowo po zadymionym pomieszczeniu i krzyknął wskazując jednocześnie palcem na kraty. - Odsuńcie się! - Zawahał się przez sekundę i zdecydowanym już ruchem sięgnął do swojej sakwy, aby chwilę później wyjąć dwie ampułki. – „Ostatnie. Trzeba je połączyć…” – nie zastanawiając się dłużej rzucił je wprost na kraty. Jednocześnie roztrzaskując się uwolniły dwa kolorowe proszki, które przemieszały się w powietrzu i osiadając na kratach zaczęły przeżerać metalowe zabezpieczenia.
- Teraz wystarczy czymś podważyć! Szybko Johannie! – Niewielka belka wystarczyła, żeby trójka towarzyszy była już wolna.
Co za noc!
***
Nad ranem staruszek chciał tylko odpocząć, już dawno nie czuł się taki wykończony. Dotarcie do karczmy zdawało się trwać w nieskończoność a gdy byli już na miejscu czekało ich jeszcze jedno. Wytłumaczenie się przed pozostałymi.
Na chwilę zostawić was bez opieki, a wy już zaczynacie żebrać? Nie mamy przecież aż tak rozpaczliwej sytuacji finansowej! – rzekł krasnolud wzbiwszy się najwyraźniej na wyżyny swego dowcipu, co nie zdziwiło Wyszemira. Wszak krasnoludy nie słynęły z ostrości swych żartów.
Zielarz zniesmaczony spojrzał po sobie, Serafin i Johannie, ale zmęczony nie miał nawet ochoty na złośliwy komentarz. Pytania Mishki sporo mogły powiedzieć o ich obecnej sytuacji…aż za wiele. - To Wy spaliliście Hermolausa Globpfettera? Dlaczego? Zrobił coś złego? Teraz będziecie się ukrywać przed strażnikami? To niesamowite, jeszcze nigdy nie mieliśmy tu tak fantastycznych gości!
- My nic nie spaliliśmy, w zasadzie to nie mamy z tym nic wspólnego. To, że jesteśmy osmoleni, oparzeni w kilku miejscach i śmierdzimy dymem to o niczym nie świadczy…zrozumiano?! – ostatnie słowo skierował do kelnerki, która aż się wzdrygnęła słysząc bardzo niemiły ton czarodzieja. – Niemniej jednak nie wróciliśmy z pustymi rękami…lecz w tym momencie nie mam siły na rozmowy. Potrzebuje wziąć kąpiel. „Choćby nawet z tą młodą kozą…w szczególności z nią”
__________________ A ja czekam i czekam i czekam
i tylko ciebie wciąż wołam
Ciebie wzywam z daleka... |