| Mareczek z wielką choć z letka kłamaną powagą spojrzał na Skaczącego. – Telefon. Cóż… myślę… że to żaden problem – poczym podał grafitową Motorolę V8 jednocześnie z fantazją otwierając telefon. Który nieodzownie zaświecił się kolorami tęczy.
Zaledwie chwilę później właściciel aparatu całkowicie stracił nim zainteresowanie i ruszył dalej po schodach. Docierając do małego pomieszczenia. Klitki.
Jakież musiało być zaangażowanie niektórych Garou w sprawę samoumartwiania? Ależ niektórzy musieli się bać wygodnych materacy, klimatyzacji, środków masowego przekazu. Bo jak inaczej to nazwać? Spanie na kocach? Nie wentylowane pomieszczenie? Co najmniej liberalne podejście do kwestii higieny i Kolacji? Och…
Dla Fianna Matka była w sercu. Marek czuł to. Był Ahrounem z Fianna. Gdy przymykał oczy widział zielone łąki. Słyszał szum rzeki. Dzikie ptactwo przemierzało przestworza nieba. A gdzieś w oddali wyły wilki. Tak. Czuł tę siłę. I ktokolwiek by mu powiedział że zapomniał o swym posłannictwie względem Matki zginął by. Był Ahrounem z Fianna.
Ale nijak nie przeszkadzało mu to posiadać umiejętności prowadzenia samochodu. Wyboru wygodnych ciuchów. Dbania o swoją prezencję i aparycję. Korzystania z dostatków. Bo przecież odrzucając je nie zmieni świata, a co najwyżej zaprezentuje swe nabożne oburzenie. Mało rozsądne. Zwłaszcza że prowadzące do nikąd.
Upłynęło parę chwil kiedy w pokoju zrobiło się tłoczno. To jego kochani, nie zawsze rozsądnie myślący bliscy. Z fanatycznie spoglądającym w koło Przywódcą.
Marek przyjrzał się Im. Jakby pierwszy raz widział w życiu. Dzikuskę. Fanatyka. Poparzony ogon i Tomka. Ten byłby prawie normalny. Lubił ich. Czuł wewnętrzną siłę która sprawiła że na twarzy Ahrouna pojawił się uśmiech.
Oparł się o stół oddając się na poły obserwacji i wewnętrznej analizie, a na poły słuchaniu. Nie przerywał i nie reagował aż Dzikuska skończyła mówić. – No nie. – zaśmiał się spoglądając na dziewczynę – w urzędzie to sobie nie poradzimy. Za słabe na nich nasze szpony. Na nich chyba nie ma mocnych…Ale jakoś to obejdziemy. Hm?
Poczym mrugnął porozumiewawczo do Tiby.
Chwilę później spoważniał i rzekł: – Jesteś naszym przywódcą N’Sakla. Zgoda. Ale nie pozwala to Tobie podejmować pochopnych decyzji. Jesteśmy watahą. Tak? Więc wspólnie znajdziemy to co najlepsze. I dlatego uważam że nie wyruszysz sam. Nie podlega to dyskusji. Widział bym Ciebie Trzeci u jego boku. Ruszycie razem? My zajmiemy się sprawami w mieście. Kurię wezmę na siebie. Z prawnikami, chyba również mi lepiej pójdzie. Nie widzę możliwości aby coś zdziałać w banku. Tomasinho? Co Ty na to? Masz jakieś pomysły? Gdzie chciałbyś się udać?
__________________ To nie lada sztuka pobudzać ludzkie emocje pocierając końskim włosiem po baraniej kiszce.
Ostatnio edytowane przez Junior : 05-13-2008 o 12:48.
|