Karol - Nieźle się pojebało, co?
Marry odrzuciła na wpół wypalonego papierosa w ośnieżoną trawę. Nawet nie kwapiła się, by go zgasić. Widać jej myśli błądziły zupełnie gdzieś indziej i nawet pojawienie się
Nosferatu, nie wyrwało jej z odrętwienia. Zupełnie przeciwnie zaś czuł się
Karol...
Coś w jego środku się poruszyło na widok nagiej szyi wampirzycy, ubranej mimo chłodu jedynie w damski garnitur. Jej obute w ciężkie glany nogi machały się w rytm jakiejś wewnętrznej muzyki – zupełnie tak, jakby była małą dziewczynką. Ten ruch bardzo podobał się
Lipińskiemu, a raczej temu, który znajdował się w jego środku... Potworowi.
Odruchowo Kainita złapał się za brzuch, chcąc powstrzymać głodną bestię, która coraz mocniej dopominała się pożywienia... ciepłej, gęstej posoki...
-
Wiem, co zrobiliście z lalkarzem i doceniam to. – kontynuowała niczego nieświadoma
Marry, wpatrując się we wróble, które dokazywały między grobowcami –
Nie jestem idiotką, żeby się nie domyśleć, jaką cenę wyznaczyła stara Munk. Cokolwiek chciała w kwestii terytorium, jestem pewna, że jednym z punktów była moja głowa. Czas więc, żebym się odwdzięczyła: Opowiem ci jeden mój sen i jedną historię miłosną...
Sen i romansidło?
Karol skrzywił się na samą myśl. Nastała wojna i skończył się czas zabawy w kotka i myszkę. Potrzebne były konkretne atuty, fakty! A nie jakieś bajki.
-
Pamiętaj, że to Reykiawik- miasto świrów. Tu nic nie jest oczywiste, tu nic nie jest prawdą do końca... –
Marry odpowiedziała niejako na jego myśli –
Zacznę może od mojego snu, snu o kryształach. Tak, właśnie takich jak ten, dzięki któremu zniszczyłam muzeum. Jest ich więcej. Początkowo myślałam, że są tylko dwa. Jeden – należący do mnie i drugi – ukryty na tej wyspie, uśpiony. Wydawało mi się początkowo, że ten drugi należy do czarownic, bo uwzięły się na mnie w momencie, gdy znalazłam swój kamień. Jeszcze zanim przybyłam na Islandię... W każdym razie śniłam dziś o kolejnym krysztale. On również jest na wyspie i to aktywny – wyczułam jego strażnika! Mężczyznę w bieli, o połyskujących oczach. Nie wiem, kim jest, lecz gdybyś go spotkał, strzeż się! No i powiadom mnie... te kryształy są zbyt potężne, by spocząć w niewłaściwych rękach.
Wampirzyca przerwała, gdy płatek śniegu spadł wprost na jej nos. Śmiesznie wyglądała, gdy tak patrząc na niego, jej oczy zrobiły zeza. Płatek roztopił się, a ona wyciągnęła z kieszeni paczkę papierosów. Gdy zapaliła jednego z nich, chwilę rozkoszowała się dymem w płucach, po czym znów odezwała. Tym razem jej wzrok spoczął na sylwetce
Karola.
-
Historia miłosna natomiast związana jest z tymi ziemiami i... jest prawdziwa. Jak nie w całości, to przynajmniej w części. Jak wiesz, hrabina Munk ma wiele córek, które również posiadają moc magiczną. Jednakże tylko jedna córka, podobnie jak hrabina posiadała dar widzenia przyszłości w swoich snach. Ta córa – Rozalia była przez to oczywiście oczkiem w głowie mamusi, która pozwalała ulubienicy na wiele więcej, niż innym wiedźmom. Trudno powiedzieć czy to złośliwość losu, czy też sama Rozalia zbudowała wokół siebie zasłonę, lecz w tym przypadku hrabina nie przewidziała przyszłości. Dopiero, gdy brzuch jej ulubienicy wydął się nadmiernie, poczęła się niepokoić. Uwięziła swoją córkę, gdyż ta nie chciała jej wyjawić, kto jest ojcem dziecka. Matka była obrażona, lecz wszelkie jej nerwy puściły, gdy zamiast dziewczynki (co widać jej jedyna opcja u czarownic), Rozalia powiła chłopca – małego, włochatego potworka. Jedna z czarownic już chciała zadusić dziecię, lecz to ponoć urodziło się z zębami i odgryzło jej dłoń, pożerając ją następnie. Trochę więc trwało zanim czarownice uradziły co robić i sama hrabina postanowiła zadusić noworodka. Było jednak za późno. Ktoś pomógł uciec Rozalii wraz z dzieckiem i ta skryła się w naszej – wampirzej części miasta. To ona była powodem napaści hrabiny. Trop jednak zaginął. Nawet Gustav nie był w stanie wyśledzić dziewczyny... – Marry wyrzuciła peta w pobliskie krzewy –
Mówił, że są dwie ewentualności. Rozalia albo została złapana, albo udało jej się opuścić Islandię, albo... Malkavianie wzięli ją w opiekę, spowijając bariera swego szaleństwa.... Dlaczego ci to mówię? Z prostego powodu. Jeżeli wszak to ta ostatnia ewentualność, to jest to niewątpliwy atut w walce z hrabiną. Mając po swojej stronie jej córkę, która potrafi nałożyć barierę na sny matki, stara smoczyca oślepnie, a wtedy sama z przyjemnością skoczę jej do piersi, by wyszarpać serce... Wszyscy poza Karolem George podparł się pod bok i znudzonym spojrzeniem zmierzył sylwetkę nowego księcia.
Aligarii, wsparty na swej nieodłącznej lasce, wytrzymał jego wzrok bez trudu, czekając na słowa. Choć uważał swój plan za najlepszy, nie spodziewał się aplauzu. W końcu miał do czynienia z Brujahem. Mimochodem zauważył przez okno podjeżdżający biały samochód. Kiedy
Ventrue podszedł do szyby, rozpoznał znajomą postać
Archonta.
„No tak, pszczoły zlatują się do ula.”
- Z całym szacunkiem... nie można prościej? – rozmyślania księcia przerwał
George -
Z całej tej tyrady wyłapałem kilka pytań, natomiast ta reszta chujowa. Bez sensu bawić się w podchody, jak wiedźma i tak wszystko wie, nie? Trzeba zebrać mięso i co waleczniejszych z nas i zaatakować... każdym wejściem. Reszta zostaje pilnować Elizjum. Ot i filozofia. A co, do mięcha właśnie...
- „Mięcha”?
- No, ghuli, nie? Nasza Toreadorka ma trochę tego, ale to raczej mięczaki. My mamy sześciu do pilnowania meliny, no i ci by się już nadawali do bitki, Gustav miał szczury... Z Malkavianami to nawet nie wiem. Chyba nikogo nie mają. W każdym razie, jeśli chodzi o czarownice, to jest ich kilkanaście, plus Lalkarz. Nie ma co się oszukiwać, zatłukliśmy tylko kolejne jego ciało, ale nie jego. Roland coś mówił swojego czasu, że żeby ubić skurwysyna, musimy dorwać jego prawdziwe ciało, albo ubijać bez ustanku kolejne wcielenia. Takie przenoszenie się, też go osłabia. Nasz najlepszy wynik, to trzy wcielenia udupione jednej nocy. Jak widzisz brachu, Paladio dalej dycha, więc to za mało. Poza tym czarownice mają samców. Swoje sługi – facetów, tych jest chyba na ich posesji kilkadziesiąt. Niby zwykli ludzie, ale wszyscy kamikadze... Pomijając więc jasnowidzenie starej żmii, i tak mają przewagę. A zatem musisz się sprężyć książeciuniu i coś lepszego wymyślić. Najprościej byłoby powiązać atak z jakimiś ludźmi, choćby agresywni bojownicy o prawa zwierząt i plota, ze hrabina trzyma u siebie dzikie zwierzęta pod ochroną... się da cosik zrobić i to w 2-3 dni. Problem polega tylko na tym, że póki ludzie dychają, to my nie będziemy mogli korzystać z mocy. Czyli...jak na to nie spojrzysz, dupa z tyłu... George urwał, gdyż do uszu zebranych dotarł kolejny warkot silnika.
Vengador wyjrzawszy przez okno, burknął:
- To ktoś obcy.
Po chwili z czarnego, sportowego auta, które zaparkowało obok Toyoty
Antoine’a, wysiadła najpiękniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek Kainici mieli sposobność widzieć. Jej oczy, jej ruchy, jej sylwetka... nawet z tak daleka można było dostrzec, że wszystko to jest idealne.
- No i jest moja gwiazda! – odezwał się
George z miną właściciela –
To właśnie nasza Toreadorka, Mercedes Rosario Ortega. Szprycha, jak się patrzy, nie? Ej, ty! – Brujah zwrócił się do
Briana, który od początku trzymał się na uboczu, milcząc jak zaklęty –
Idź przywitać panią i powiedz, gdzie jesteśmy, okey? Ona lubi takie gładkie buźki...
Antoine, Mercedes Antoine wysiadł z samochodu powolnym, płynnym ruchem skradającej się pantery. Poprawiwszy ubranie, popatrzył na podniszczony dwór. Znów jego duszę nawiedziła melancholia. Bo dlaczego musiał tu być? Dlaczego musiał wejść do tych zrujnowanych ścian, skoro wiedział, że nic pięknego go tam nie spotka? No chyba... chyba, że Ona się tu pojawi. Teraz, gdy już wiedział, kim jest i jak się nazywa, miał ochotę rzucić wszystko i ją odnaleźć. Wiedział jednak, że nie tędy droga. Za stary był zresztą i chyba nadto zmęczony, by poddawać się zrywom swego – martwego jakby nie było – serca.
Gdy wszedł do budynku, powitał go, jak ostatnio, jeden z Malkavian.
- Szaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaach maaaaaaaaaaaaaaaaaaat!!!
Grad pionków posypał się w stronę
Toreadora. Ponieważ jednak „ofiara” nie bardzo się broniła, rzucanie szybko znudziło się
Dżejowi. Wyszedł zza przewróconej szafy i przycupnął na połamanej stercie desek, które kiedyś musiały być barokowym biurkiem lub szafką.
-
Heja, bracie!
Ściągaj gacie!
Książę właśnie obraduje,
W klasie bajki swoje snuje,
By wiedźmowe uciąć wici
I rzec: veni, vidi, vici!
Zanim
Archont zdążył sformułować jakąś odpowiedź, dostrzegł przez brudne szyby holu, że pod posiadłość zajechał drugi samochód.
Czarny, sportowy wóz był niczym jin do jang względem jego własnego, białego samochodu.
Skojarzenie to wydało się idealne, gdy mimo przyćmionych okien, od razu rozpoznał osobę, która wysiadła z auta. To była ona – tajemnicza
Toreadorka, która posiadła jego myśli z chwila, gdy ich spojrzenia się spotkały na przyjęciu.