Verax ulokowany między namiotami, ukryty w ich cieniu, obserwował bacznie obozowisko.
Złowieszczy wiatr, przenikliwe zimno nocy, mrok i odgłosy dobiegające z odległej matni. Jego niepokój wzrastał wraz ze spadkiem sił, by utrzymać powieki na odpowiedniej wysokości oraz spadkiem czujności, uginającej się pod ciężarem senności. Jego myśli krążyły jedynie wkoło posłania i błogą krainą snów.
Kolejna przenikliwa seria wycia wilków, szeleszczenia krzaków i liści w koronach drzew, tylko to sprawiało, że sen odchodził spłoszony, by po chwili znów rzucić się na mury wytrzymałości ludzkiej. Noc nie była spokojna, lecz na nic strasznego się nie zanosiło.
Kapłan podniósł się i bezszelestnie przesunął się w stronę ogniska, by ogrzać choć trochę skostniałe ręce. Rozejrzał się, nic się nie zmieniło zbytnio, droga majaczyła na horyzoncie nie przynosząc ze sobą żadnych podróżników.
Spuścił głowę i potarł ręce przykładając je do ogniska, następnie znów podniósł głowę, by na drodze ujrzeć rozświetloną postać, która swym wyglądem przypominała maga, lub kapłan, z tej odległości trudno było ocenić.
Verax był wpatrzony w postać, ale ta zdawała się nie zauważać obozowiska...
Podszedł delikatnie ukrywając się za pniami drzew, posłyszał słowa, niby pochodzące z ust osoby, ale ich wydźwięk wskazywał na jego nadnaturalne pochodzenie
Jaka moc, potęga, Maliades.. co to ma znaczyć?
Kolejny pień zasłonił mu postać, a gdy wyłonił się, by znów obserwować przybysza ten zupełnie zniknął nie pozostawiając za sobą żadnych śladów.
Lekko wystraszony cofnął się do obozu zachodząc w głowę, co to miało oznaczać.
Zdezorientowany zadumał się chwilę, lecz zdecydował się już obudzić John'a, by zakończyć tą dziwną sytuację oddalając się do posłania. Ku jego zaskoczeniu John, już się obudził, więc nie musiał brutalnie wybudzać ze snu kompana.
-John, wiesz...- chciał mu powiedzieć o dziwnym zjawisku, ale uznał, że nie potrzeba nikogo o tym martwić-
Nie było, aż tak strasznie
- uśmiechnął się i ułożył do snu.
***
Nad ranem obudził go Marcus, alarmując zbliżający się świt.
Ten sen, był całkiem przyjemny, a i propozycja niczego sobie. W sumie czemu nie, szkoda, że to był tylko sen. Pomyślał i zaczął zabierać się za pomoc w uprzątaniu obozowiska.