| Balius, Barry
Jakimś cudem udało wam się zdobyć tak bardzo upragnione źródło światła. Lekko poobijani wróciliście ze swoją zdobyczą do magazynu. Lampa nie była w stanie oświetlić całego pomieszczenia, niemniej jednak zaczęliście widzieć po czym chodzicie. Pomimo zmęczenia postanowiliście poczekać jeszcze chwilę na kompanów, którzy nadal nie wrócili. W międzyczasie Balius obejrzał znalezisko Barryego. Jednak pomimo dokładnych oględzin nóż nie wykazywał się niczym niezwykłym, poza tym że był ostry niczym brzytwa co Balius odkrył zacinając się w palec. Po niedługim czasie do pomieszczenia weszli podtrzymując Raziela, Louis i Justicar. Chwilę potem powrócili Cohen oraz Revan. Louis, Justicar, Raziel
Oferta starca była bez wątpienia interesująca, ale niosła ze sobą pewne ryzyko. Zgodnie z tym, co chwile później powiedział wam medyk, przynieść mieliście po kilka sztuk paru odmian roślin, które jak twierdził potrzebne mu są do przyrządzenia medykamentów zamówionych przez pewnego szlachcica.
Po krótkiej acz burzliwej dyskusji doszliście do wniosku, że nie należy zbyt szybko podejmować pochopnych wniosków. W końcu kto wie, co czeka was w owym lesie, przecież tam wcale nie musi być tak bezpiecznie jak mówił wam cyrulik. Zresztą stan Raziela mógł polepszyć się sam z siebie nie wspomagany żadnym specyfikiem a wtedy podróż do lasu okazałaby się tylko stratą czasu. Grzecznie podziękowawszy za usługę, obiecaliście zgłosić się następnego dnia, by oznajmić cyrulikowi wasza decyzje co do podjęcia się zadania. Następnie udaliście się powoli w stronę magazynu. Atmosfera panująca wśród was nie była najlepsza. Byliście zdenerwowani potyczką ze szlachcicami, a ponad to wszystko wskazywało na to, że zagadka otrucia opata nie będzie łatwa do rozwiązania. Kiedy w końcu dotarliście do celu odetchnęliście z ulgą dziękując bogom, że oszczędzili wam przygód jak na tą noc. Kiedy weszliście do środka, ku waszemu zdumieniu nie przywitał was nieprzenikniony mrok, lecz mdłe światło padające od strony sporych rozmiarów lampy, zdumiewająco podobnej do tych wiszących na okolicznych latarniach. Cohen, Revan
Bez namysłu zaatakowaliście bestię, jednak żaden z waszych ciosów nie doszedł do celu. Stwór pomimo swojego wzrostu był niesamowicie wręcz zwinny i beż najmniejszych kłopotów schodził z linii kolejnych ciosów. Szyderczy uśmieszek pojawił się na jego paskudnej gębie, a z gardła wydobył się złowieszczy rechot. Nagle potwór stanął w pół kroku z głową uniesiona w górze, tak jakby czegoś nasłuchiwał. Moment nieuwagi wykorzystał od razu Cohen, celując w gardło wroga. W ostatniej niemal chwili bestia zasłoniła się ręką, a ostrze zamiast rozplątać jej gardło, przebiło jedynie przedramię. Stwór ryknął rozzłoszczony, po czym uderzył na odlew mężczyznę rzucając nim o ścianę. Od siły impetu żołdakowi pociemniało w oczach, jednak nie stracił przytomności. Zanim jednak zdążył wstać zza rogu wypadło trzech strażników, w rękach trzymając pochodnie oraz obnażone miecze. Na widok bestii przystanęli na moment, po czym z krzykiem rzucili się na stwora, który najwyraźniej stwierdził, że pięciu to dla niego zbyt wiele. Roześmiał się raz jeszcze, po czym wskoczył wspiął się niczym pająk po ścianie na dach pobliskiego budynku.
Dowódca strażników, spojrzał jedynie w ślad za nim, nie widząc szans na schwytanie, po czym skierował swoją uwagę na was i leżące opodal zwłoki. Po krótkim wysłuchaniu waszej relacji puścił was wolno. Stwierdziliście, że jak na jeden dzień wystarczy wam wrażeń i nie ociągając się już dłużej wróciliście jak najszybciej do magazynu, gdzie czekała już na was reszta towarzystwa. |