Reputacja: 2  | Kilka dni wcześniej, bezdroża w okolicy Bogenhofen.
Vicious jadąc w cieniu drzew rozkoszował się pięknem natury, czasem zatrzymywał Córę Wiatru, aby dokładniej móc przyjrzeć się nieznanym sobie roślinom. Choć był bardzo podekscytowany otaczającą go florą i fauną, to jednak nie pozwalał sobie na zbyt wielką beztroskę. Wiedział, że w puszczy takiej jak ta znajdują się istoty, dla których jest on jedynie posiłkiem. Potrafił bezszelestnie przemieszczać się przez leśne ostępy. Był ich częścią. Z niedowierzaniem przyglądał się gromadom królików skaczących po polanie - w takich ilościach były niczym szkodniki, bezmyślnie niszczące młode rośliny, jedzące ponad swoje potrzeby. "Dziś więc będzie królik na kolację."
Dwie strzały z sykiem przecięły powietrze, a myśliwski terier, którego zwał Syle, na rozkaz swego pana ruszył po martwe zwierzaki. Syle był mądrym, choć strasznie kapryśnym, psem, a po ostatniej kąpieli nie miał jeszcze okazji do odegrania się, więc teraz przynosząc zdobycz oślinił lotki strzał bezczelnie merdając ogonem. "Jak dziecko."
Corum nie potrafił się złościć na zwierzęta.
Wyciągając strzały, złożył krótką modlitwę za duchy królików, dziękując im za ich mięso i prosząc o wybaczenie, za odebranie życia. Ale taka jest natura, jedne zwierzęta oddają życie, aby inne mogły żyć. Dopiero wieczorem postanowił rozbić obozowisko. Pierwszy raz od długiego czasu zsiadł z końskiego grzbietu i ze zdziwieniem stwierdził, że czuje się nieswojo, stojąc na własnych nogach. Za bardzo nawykł do siedzenia na koniu. W strumyku obmył Córę Wiatru, sam również skorzystał z okazji i dokładnie się wyszorował. Syle napił się do syta, a potem przyglądał się mu z dezaprobatą. Po zakończeniu zabiegów kosmetycznych zabrał się do pieczenia królików. Miał wystarczająco wiele czasu, aby na chwilę powrócić pamięcią do swojego domu. W milczeniu patrzył na niewielki, wykonany ze srebra przedmiot, na którego powierzchni umieszczone była podobizna jego pięknej żony i dwójki dzieci; na przedmiot wykonany przez swoją małżonkę, był szczęśliwy, miał kochającą kobietę, wspaniałe potomstwo, a do tego był wolny niczym dziki ogier.
Następnego dnia natrafił na prawdziwą masakrę. Jakieś koczownicze plemię wycięło drzewa owocowe tylko po to, aby dobrać się do najsłodszych owoców. Z jego oczu popłynęły łzy, a paznokcie zostawiły głębokie ślady na wnętrzach dłoni. Spędził cały dzień, aby przywrócić równowagę tego miejsca na tyle, na ile pozwalały mu na to jego umiejętności.
Z łatwością odszukał ślady - dwa dni temu szesnaście niewielkich humanoidów skierowało się na południowy wschód. Niewysocy, może niewiele wyżsi od krasnoluda, podróżowali pieszo – nie mogli przemieszczać się szybko. Miał nadzieję, że wyrośnie tu znów piękny śliwowy lasek z zasadzonych nasion i szczepek. Zatrzymał się, kilka razy natrafiając na wyjątkowe okazy węży. Ostrożnie złapał, obejrzał i wypuścił, przez chwilę przyglądając się jak stworzenia się oddalają.
Po kolejnych dwóch dniach dopadł straż tylną, obydwie odcięte głowy nadział na ich włócznie, które wbił w ziemię, przyczepiając kawałek płótna do każdej z napisaną ich krwią wiadomością: Osądzeni i skazani za zbrodnie wobec lasu.
Przez kolejny dzień deptał po piętach grupie goblinów wyczekując stosownego momentu, aby ich wyciąć. Nie spodziewał się, że tak szybko to się wydarzy - gobliny osadziły się w zasadzce na trakcie, czy raczej polnej drodze. Siedziały tam całą noc, co jakiś czas polepszając swoje siedlisko. Tylko jeden odszedł dalej i skończył jak poprzedni dwaj.
Nad ranem Corum wyczuł jeźdźców, zdążył się pozbierać na czas. Szczęśliwie grupka wędrowców była znacznie lepiej wyekwipowana i wyszkolona. Gobliny atakowały z iście szaleńczą zaciekłością, zdążył ustrzelić jedynie dwóch z nich. Walka skończyła się bardzo szybko, gobliny zapłaciły wystarczającą cenę za swoją bezczelność i brak szacunku do natury. Jednak jeden z wierzchowców został zraniony Corum niemal poczuł jego ból.
Wyjechał na drogę, aby się pokazać grupie. Nie chciał być pomylonym z goblinami.
Na czarnym koniu, którego zad i głowę pokrywały białe łaty sierści siedziała postać okryta ciemno-brązowym, długim płaszczem z kapturem. Kaptur niemal całkowicie krył w cieniu twarz właściciela. Cała postać stała w cieniu, co znacznie utrudniało możliwość dokładnego przyjrzenia mu się. Przez plecy przewieszony miał prosty łuk i kołczan, w lewicy trzymał długi łuk. U boku konia widoczne były jeszcze dwa pełne kołczany oraz miecz. Jeździec pochylił się w siodle sięgając po ostatnią strzałę. Płynnym ruchem wyszarpnął grot z gobliniego truchła. Gdy się prostował okręcił się w siodle tak, aby móc wyraźnie przyjrzeć się podróżnym. Lewą ręką odrzucił kaptur do tyłu, ukazując gładkie i delikatne rysy twarzy - z takiej odległości wyglądał na elfa.
Jedna z kobiet odezwała się pierwsza: - Ach, to tylko ty… - powiedziała, jakby jego obecność w tym miejscu i czasie była najbardziej naturalną rzeczą pod słońcem.
By po chwili zalać swą obojętnością Viciousa. Jej słowa na chwilę zbiły go z tropu. "Czy ja ją znam?"
Gdy przemówił, jego głos nie brzmiał jak melodyjny głos elfów - był to zachrypły głos typowy dla ludzkich wyspiarzy. Do tego akcent wskazywał na pochodzenie z odległych terenów od Orkusa Wielkiego. We wspólnej orkowej mowie wyrecytował doniosłym basem : - Witajcie podróżnicy! Jam jest Tan Corum Vicious! Dziękuję Wam za pomoc w wybiciu bandy złoczyńców, których ścigam od kilku dni. Bym był zaszczycony gdybym wiedział komu zawdzięczam pomoc!?
Mówiąc te słowa wciąż przyglądał się bacznie kobiecie, która teraz go zupełnie ignorowała. Było w niej coś niepowtarzalnego, w jej oczach, pięknych oczach.
Powoli zaczął się zbliżać, schował łuk, on i koń stanowili jedność, poruszali się niczym jedna istota. Wypowiedział niesłyszalne słowa dla humanoidalnego ucha, na które wszystkie konie zareagowały parskaniem i kręceniem głowami, gdyby były puszczone swobodnie z pewnością by podbiegły. Corum nie chciał zbliżać się za bardzo więc przyglądał się grupce podróżnych z odległości kilkunastu metrów, czekając na ich odpowiedź, a jego pies czekał na rozkaz wciąż pozostając czujnym i ukrytym w zaroślach.
__________________ Świerszcz śpiewa pełen radości,
a jednak żyje krótko.
Lepiej żyć szczęśliwym niż smutnym.
Ostatnio edytowane przez Manji : 05-19-2008 o 15:14.
|