| Ciśnienie po walce powoli zaczęło opadać. Spoglądaliście na pobojowisko i siebie nawzajem, niektórzy sprawdzili odruchowo, czy w trakcie bitwy nie zostali zranieni nie zauważając tego. Na szczęście nie było takich niespodzianek. Nim na dobre otrząsnęliście się z amoku walki w oddali dostrzegliście jadącą ku wam postać, jechała od strony miasteczka i wydawała się znajoma, po chwili, mimo że wciąż była daleko, rozpoznaliście długie falujące włosy i zgrabną sylwetkę Tan Tishalulle.
Płomienna dłoń wciąż żarzyła się na twarzy goblina odkrywając pod sobą kość, a wszędzie wokół osmalając mięso. Zapach jaki z tego płynął był po prostu obrzydliwy – palony ludzki tłuszcz wydzielał wstrętny – słodkawo gryzący zapach. Jego trup leżał obok zwłok maga, z którego krtani wciąż wystawała rękojeść tasaka.
Nie mniejszą dawkę aromatów dostarczał tajemniczy pakunek, z którego wyziewy zdawały się miarowo buchać, choć z coraz to mniejszym natężeniem. Zdążyło już nieźle nakopcić i najbliżej stojące konie zaczęły nerwowo się zachowywać.
Twarze goblinów były już martwymi dowodami przedśmiertelnych agonii…w niektórych ciałach wciąż jednak mogło tlić się życie. Gobliny nie wyglądały już tak niebezpiecznie, mieliście okazję dobrze przyjrzeć się tej rasie woleliście jednak, choć na chwilę przyjrzeć się sobie. Rany Turgasa i Saline wyglądały na dość poważne, szczególnie u elfki. Saline groziła miesięczna kuracja patrząc po ilości ran i tempie z jaką wypływała krew z spod piersi i z głowy. Turgas wydawał się być w lepszej kondycji, mimo że jego rana na głowie również nie wyglądała na draśnięcie. Dość głębokie cięcie, które rozcięło kraniec twarzy i policzek półorka rokowało kilka tygodni leczenia i małą bliznę, ta sytuacja nie trwała jednak zbyt długo... Nie licząc elfa, któremu już poza wskrzeszeniem nic nie pozostało, najbardziej chyba jednak ucierpiał koń – który z trudem, ale wracał, do swojej właścicielki. Koń nie odbiegł daleko, wrócił , jednak powłóczył lekko nogami, a z dziury która pozostała po włóczni wciąż tryskała krew.
Gobliny tak jak się szybko pojawiły tak szybko znikły…z wyjątkiem niektórych, ale te leżały martwe bądź dogorywały.
Przyroda znów dała znać o sobie. Tak jakby skończył się czas zatrzymanego wdechu. Zdaliście sobie sprawę ze szczęścia jakie mieliście przyłączając się do pozostałych. Samotny podróżnik nie miałby szans w takiej zasadzce, a już na pewno nie miał by ich gdyby wkroczył w samo jej centrum, co was szczęśliwie ominęło. Niektórzy zdali sobie też sprawę z tego jak niewiele brakowało do poważniejszych szkód.
Z taktycznego punktu widzenia to więcej zrobiły gobliny, gdyby nie fakt iż były słabsze, walka ta mogłaby się zupełnie inaczej skończyć. Jeśli jacyś bogowie obserwowali tą walkę to z pewnością nic złego nikomu powiedzieć by nie mogli, inaczej już przychodziło spojrzenie na grupę jako całość. W Was również choć cząstka umysłu nie oszukiwała się, że całość mogła być o wiele lepiej zgrana, że wróg doszedł za daleko, że zranienia przez słabszego przeciwnika były dowodem na źle przeprowadzoną walkę nie mówiąc już o śmierci maga…a może jednak byliście dla siebie zbyt surowi? Ponad pół tuzina goblinów leżało martwych, pozostali przy życiu odnieśli dokuczające rany lecz nie zagrażające życiu, pozostali wrogowie uciekli przed waszą potęgą…no i łupy. Dla niektórych była to kusząca nagroda.
Gobliny może i nie miały najlepszego sprzętu, ale jakiś jednak miały. Ciężkie, nieporęczne, zniszczone i uszkodzone zbroje nadal mogły być wymienione za pieniądze, choćby dla surowca. Można było się natknąć na w miarę cały okaz, potrzebne do tego było jednak szczęście. Z boku zauważyliście przywiązane sakiewki, przynajmniej u tych najbliżej was leżących.
Ostatnio edytowane przez kset : 05-21-2008 o 11:15.
|