Forteczka - szybko zapadający zmierzch
Przez chwilę zapanował w karnym, doskonale przecież wyszkolonym oddziale. Żołnierze z forteczki zmieszali się z podążającym do niej oddziałem. Rejwach wzniósł się ponad otaczający, wzmagający się na powrót świst wiatru.
W końcu zapanował ład i jako taki początek i oddział dotarł do budynku. Tu mieli okazję na powrót nieco się rozejrzeć po okolicy.
Widok jaki ujrzeli nie był budujący. Wokół otaczały ich skaliste wąwozy, strome ściany pięły się ostro ku niebu, szczerząc ostre szczyty, zda się niby zębiska wielkiego potwora, w którego gardzieli teraz się znalezli. Gdzieniegdzie rachityczne, pojedyncze drzewa zdawały się wyciągać pokręcone konary wydawałoby się kpiąc z nich.
Dreszcz przeszedł wszystkich, nawet
Reinfrid przygarnął do siebie
Rothais drżącą niczym ptaszek.
-
Wiesz córeczko - szepnął jej w rzadkiej chwili czułości między nimi -
możesz wziąć sobie do ochrony kogo chcesz. Jednego, dwóch ilu zechcesz . Tylko pamiętaj, że jesteś hrabianką Grawiny i MOJĄ córką - dokończył nieco ostrzej niż zamierzał.
-
No i co tak stoicie z otwartymi gębami niczym dzieciak co pierwszy raz zobaczy babską ... Hama !!! Sprawdz czy jeszcze nie został ktoś przysypany na dole, zapasy, stan wody, zresztą sam wiesz - dokończył
hrabia Graviny.
- Panowie rycerze - to już było skierowane do
Hectora i Edwarda - wezcie po kilku turkopoli i zwiadowców i rozejrzyjcie się nieco. Jednak nie za daleko.
Widok jaki ujrzał wkraczając do wnętrza budynku spodobał mu się jeszcze mniej niż okolica.
Falke sprawdził stan swej dziesiątki zwiadowców, ale nie brakowało nikogo. Wierzchowce, oporządzenie, broń były w największym jaki można było w tych warunkach osiągnąć porządku. Jednak morale było pod psem, a bukłaki wyschłe, sporą część wody stracił oddział podczas Chamsinu. Falke pamiętał, że coś miał zrobić przed alarmem, ale co ?
Potraktowany tak bezceremonialnie
Torwaldo nie pierwszy raz zresztą poczuł ukłucie niepewności, czy Pan i Stwórca aby na pewno dobrze zrobił naznaczając
Ragnara na swego proroka. Mżże chodziło mu o niego, o Torwaldo, prawie rycerza, człeka bywałego w świecie i obdarzonego niepospolitymi zdolnościami i rozumem ?
Nakazał sobie jednak w duchu pokorę i pospieszył na górę. Tak jak przewidywał, Ragnar pospieszył do wieży.
Torwaldo poczuł żal za straconymi skarbami, jednak po chwili aż otwarł gębę ze zdumienia widząc jak Ragnar wypada z wieży i zaczyna dziki taniec wkoło jakby czart go opętał.
Ragnar istotnie zmierzał ku wieżyczce w kształcie minaretu i wkrótce krok za krokiem wspinał się ku górze po drewnianych, na wpół przegniłych stopniał.
Zmierzch sprawiał że niewiele widział, macając rękami po ścianach, aż wydostał się na małą platformę. Cztery solidne słupy wspierały kratownicę, na której osadzono hełm wieży zapewniając strażnikowi cień. Na środku platformy leżał skurczony trup.
Ragnar podszedł, podniósł z ziemi stary czerep i przyglądnął mu się. Nagle z jednego z oczodołów wypełzł ciemny kształt i otwarł pysk ukazując dwa zęby kapiące jadem. Jednocześnie rozległ się upiorny syk.
Odrzucił czerep, uczuł jak spadło mu na kark, długiego i wąskiego i zaczęło wić na karku.
Jak oszalały, już nie zważając na stan schodów, machając rękami wypadł na dach forteczki.